languageJęzyk
Kupiona przez Księcia Cieni: Mroczny romans wampiryczny-placeholderKupiona przez Księcia Cieni: Mroczny romans wampiryczny

Kupiona przez Księcia Cieni: Mroczny romans wampiryczny

Autor: Avelon Thorne

Czytaj
Ostatnia aktualizacja: 19 mar 2026
230 Rozdziały
258.8K słów

Od zarania dziejów, istoty o lodowatej skórze i zabójczych kłach rządzą krainami Velmory. Ich głód jest nienasycony, a ludzie są w ich świecie niczym więcej niż bydłem. Z każdym pełni księżyca młode dusze są sprzedawane jako pożywienie – naznaczone piętnem, pozbawione imion i przekazywane swoim właścicielom. Elara Voss była jedną z nich. Sprzedana jak mięso na targu, jej los wydawał się jasny: służyć jako pożywienie aż do ostatniego tchnienia. Ale Elara odmawia cichej śmierci. Jej duch nie zna poddaństwa… zwłaszcza gdy okazuje się, że jej nabywcą jest Cassian Draven, najbardziej przerażający wampir w królestwie. Zimny. Nieczytelny. Śmiertelny. Cassian nie szukał towarzystwa – ani litości. Ale Elara jest inna niż jakikolwiek człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkał. Gdy ciemność się zbliża, a pożądanie zaczyna zacierać granicę między niebezpieczeństwem a pokusą, Elara musi wybrać: walczyć o swoją wolność… czy poddać się pociągowi tak niebezpiecznemu, jak mężczyzna, który ją posiada.

Pierwszy rozdział

Nikt nie powinien planować swojego samobójstwa przed osiągnięciem pełnoletności.

Ja tak.

Dzisiejsza noc będzie najdłuższą nocą w roku, a zarazem moimi urodzinami. Nigdy wcześniej nie bałam się nadejścia żadnego dnia tak bardzo, jak boję się tego. Odkąd pamiętam, ostrzegano mnie przed moim potwornym losem — losem, który czeka wszystkie pierworodne dzieci w tym nowym społeczeństwie.

— Elaro! — Głos matki wyrywa mnie z zamyślenia. — Kolacja gotowa!

Patrzę na swoje odbicie po raz ostatni, po czym wstaję od toaletki i schodzę po rozklekotanych schodach do salonu, gdzie czeka moja rodzina. Klatkę schodową oświetla w połowie stopiona świeca tkwiąca w ściennym kinkiecie. Od czasu ich przybycia postęp się zatrzymał. Zostaliśmy skazani na życie na ich modłę. Przeklęci nostalgicy z awersją do technologii. Wszystko, co wiem o „zaawansowanym świecie”, to to, co udało mi się wyczytać ze starych książek lub zobaczyć na fotografiach, które już zaczynają blaknąć i pękać. Spędziliśmy ponad wiek, cofając się w czasie, dostosowując się do ich stylu życia: podróżujemy powozami, nosimy napuszone i niewygodne ubrania, a komunikujemy się za pomocą listów. Urodziłam się, gdy komputery, telefony komórkowe i samochody spalinowe były już tylko wspomnieniem w umysłach najstarszych ludzi.

Staję na ostatnim stopniu, który skrzypi pod moim ciężarem, i zastaję całą moją rodzinę zgromadzoną wokół stołu. Matka nalewa zupę chochelką, z uśmiechem napełniając miski, ponieważ możliwość zaoferowania nam tego posiłku dzisiejszego wieczoru nie jest niczym powszednim. Nie jesteśmy zamożną rodziną, a co dopiero klasą średnią.

— Kochanie, usiądź, bo stygnie.

Zajmuję miejsce obok mojej siedmioletniej siostry, Abigail, małej dziewczynki o miedzianych lokach i miodowych oczach. Uśmiecha się do mnie, obnażając przerwy między zębami.

— Nie denerwuj się, może cię nie wybiorą.

Głos mojego ojca jest łagodny, zupełnie jak on sam. Czasami myślę, że zachowuje się tak wobec mnie, ponieważ zostałam naznaczona już od urodzenia. Bycie pierworodną odcisnęło na mnie piętno i skazało na żałosny los. Los, w którym jestem postrzegana jako zwykłe źródło pożywienia dla tych zimnych, sadystycznych, bezdusznych istot.

— Nie denerwuję się — kłamię. — Przygotowywałam się do tego przez osiemnaście lat.

Wiem, że uśmiech nie sięga moich oczu, chociaż staram się emanować jak największym spokojem. Nie jest to dla nich łatwe — a dla jakich rodziców by było? Za kilka godzin skończę osiemnaście lat, a za zaledwie kilka dni nadejdzie pełnia księżyca, co oznacza wzięcie udziału w Czerwonej Aukcji. Jeśli masz szczęście, może nikt cię nie kupi, ale kurczowe trzymanie się tej nadziei jest głupotą. Jesteśmy produktami, jesteśmy tylko krwią. I tak nas kupią, niezależnie od tego, czy jesteś atrakcyjny, kościsty czy chorowity. Prędzej czy później ktoś zechce się tobą pożywić.

— Dokładnie rzecz biorąc, minęło siedemnaście lat i trzysta sześćdziesiąt cztery dni — mówi mój brat, próbując rozładować napięcie. — Nie proś mnie, bym był bardziej precyzyjny co do godzin, minut i sekund, bo na tym polu mógłbym cię zawieść.

Przewracam oczami; to dla niego typowe — uciekanie się do głupkowatego humoru, gdy sytuacja go przerasta. Silvano — na którego wszyscy mówimy Silas — jest moim młodszym o dziesięć miesięcy bratem, a mimo to upiera się, by zgrywać starszego ode mnie. Ma szeroką, krępą sylwetkę, słomianozłote włosy i miodowe oczy, podobnie jak Abigail. Moje są szare, puste, pozbawione koloru. Wydaje się, że we wszystkim brakuje mi blasku, począwszy od oczu, a skończywszy na ciemnym odcieniu moich włosów.

Biorę łyżkę i nabieram odrobinę zupy. Wzrok mojej matki spoczywa na mnie, czeka, aż coś powiem lub w jakikolwiek sposób zareaguję. Uśmiecham się do niej, a ona zdaje się odprężać na swoim krześle. Jej włosy są w tym samym kolorze co mojego brata, lekko szpakowate i upięte w niski kok na karku. I chociaż jej spojrzenie jest najłagodniejszym, jakie kiedykolwiek widziałam, jest też najsmutniejszym.

— Jest pyszna, mamo.

Zmuszam się do dalszego jedzenia, mimo że żołądek ścisnął mi się z nerwów. Jestem okropną córką i siostrą przez to, co zamierzam dziś zrobić. Z pewnością nie będą dumni z tego, że wychowali tak samolubną córkę, gotową zakończyć swoje życie ze strachu przed przeżyciem go do ostatniego tchu z tymi nienasyconymi, grzesznymi stworzeniami.

— Mówisz więc, że ty i Lea idziecie na spacer w pobliżu jeziora… — odzywa się ojciec. — Wiesz, że nie powinnaś wracać późno, ściemnia się. Niezależnie od tego, co obiecują, są niebezpieczni.

— Wiem, tato, nie martw się, nic nam nie będzie.

Gładzi palcami kilkudniowy zarost, badawczo mi się przyglądając. Czyżby znał moje prawdziwe intencje? Czy mam je wypisane na twarzy? W końcu znów przenosi uwagę na miskę.

— Mogę iść z wami? — pyta Abigail. — Proszę, proszę…

— Nie — odpowiadamy wszyscy jednocześnie.

Abigail dąsa się i wraca do swojej zupy. Atmosfera jest bardziej napięta, niż się spodziewałam; nie powinno tak być, ale groźba wisi w powietrzu i nikt nie jest skłonny jej ignorować. Za cztery dni opuszczę ten dom, najprawdopodobniej na resztę mojego życia.

Nie zostawiam w misce ani kropli, po czym wstaję. Patrzę na całą moją rodzinę, wyrywając sobie ich obraz w pamięci. Chciałabym móc powiedzieć Silasowi, że mam nadzieję, iż pewnego dnia wybaczy mi to, ile będzie go kosztować moja śmierć, i to, jak bardzo go ona skarze. Chciałabym móc mu wyjaśnić, że przez wiele lat żyłam w strachu i nie potrafię już dłużej tego znieść. Że śmierć wydaje się być spacerkiem po parku w porównaniu z losem, jaki zgotowało mi życie.

Nie robię jednak niczego z tych rzeczy. Po prostu uśmiecham się do nich po raz ostatni, biegnę do swojego pokoju, a tam chwytam podbitą futrem pelerynę, którą Lea podarowała mi przed laty i którą starannie przechowywałam, jako że jest to jedna z niewielu wartościowych rzeczy, jakie posiadam. Po kilku minutach wymykam się przez drzwi pod ostrzałem ich spojrzeń. Mroźne powietrze całuje moje policzki i choć pierwszy śnieg jeszcze nie spadł, obawiam się, że to nie potrwa długo. Idę ścieżką do domu Lei, znajdującego się kilka ulic od mojego. Ulicami spacerują ostatni robotnicy, pragnący schronić się w cieple swoich domów, kilka kobiet kończy zbierać pranie, które wywiesiły rano, a sklepikarze zamykają swoje interesy.

Lea jest tuż przy wejściu na wąską ścieżkę prowadzącą do jej domu; czeka na mnie, cała opatulona w pelerynę, a jej nos jest czerwony od mrozu. Uśmiecha się, i nawet jeśli nie ma takiego zamiaru, jest to smutny uśmiech. Jej pomarańczowe włosy okalają jej twarz.

— Elaro! — Podbiega do mnie kilka kroków. — Myślałam, że już nie przyjdziesz!

— Przepraszam, trochę się zasiedziałam. — Chwytam ją pod ramię i zaczynamy iść przez brudne wiejskie ulice. — Jak tam rodzina?

— Tak jak zawsze. Mama wciąż co tydzień czeka na listy od Sophie, ale minęły już dwa tygodnie od ostatniego.

— Drogi są w złym stanie, poczta ostatnio rzadko dociera — próbuję ją uspokoić.

Sophie to starsza siostra Lei. Rok temu trafiła na Czerwoną Aukcję i została kupiona. Nie wszyscy mają tyle szczęścia, by trafić na właścicieli, którzy pozwalają im na utrzymywanie kontaktu z rodzinami. Większość z nich zostaje od nich całkowicie odcięta i uznana przez świat za zmarłych. Sophie ma szczęście — została kupiona przez kogoś, komu nie zależy na niczym innym poza posiadaniem nocnej przekąski.

Brak listów może być tylko zbiegiem okoliczności albo, w najgorszym scenariuszu...

— Mama zachoruje, jeśli to potrwa dłużej, a tata pracuje za dużo. Myślę, że zaczynają obawiać się najgorszego, a ja… ja nie wiem, co powinnam czuć.

— Jestem pewna, że to tylko drobne opóźnienie, nie trać nadziei. — Gładzę ją po dłoni, lekko poklepując. — Jak tam twoje ostatnie lektury?

Próbuję odwrócić jej uwagę rozmową o tych opasłych tomach, które opowiadają o dawnym świecie. Lea jest ciekawską dziewczyną, odkąd tylko nauczyła się czytać, uwielbia przeczesywać małe kramy na targu w poszukiwaniu książek opowiadających o tym, jak wyglądało życie w przeszłości. Kocham to w niej — lubię siedzieć nad brzegiem jeziora i godzinami słuchać jej paplaniny o tym, jak ludzie w naszym wieku kiedyś się ze sobą dogadywali, o modzie, tak zmiennej, przelotnej i o wiele wygodniejszej niż ta dzisiejsza.

Czytaj