POV Valerie
„Luno…” Zatrzymałam się, gdy tylko wyszłam z gabinetu, i zobaczyłam przed sobą Selinę z posiniaczoną twarzą. Zamknęłam oczy, a łzy spłynęły mi po policzkach.
„C-co się dzieje? Dlaczego ci ludzie mówią takie rzeczy?” – zapytała, podchodząc bliżej i obejmując mnie ramionami.
„Co ci się stało w twarz?” – wydusiłam z siebie, próbując powstrzymać płacz.
Spuściła wzrok ze wstydem, a ja zdołałam ją lekko odsunąć. Tak jak przypuszczałam, musiała wdać się w bójkę w mojej obronie.
„Selino, nie jestem już Luną. Ja…” Wzięłam głęboki wdech i kontynuowałam: „Zostałam wygnana. Musisz być grzeczna i przestać wdawać się w bójki”.
Dałam jej ostatnie ostrzeżenie, zamierzając odejść, ale jej dłoń chwyciła moją.
„Chodźmy razem, Luno. Będę ci służyć w tym życiu i w następnym, więc proszę, zabierz mnie ze sobą. Nie zostawiaj mnie tu samej” – błagała.
Patrzyłam, jak płacze. „Nic mnie nie obchodzi, ale nie pozwolę ci odejść beze mnie. Obiecałam poprzedniemu Alfie, że będę cię chronić i ja…”
Nie dokończyła, bo wybuchnęła głośnym szlochem.
Ujęłam jej dłoń i uśmiechnęłam się. Przynajmniej miałam kogoś w swoim życiu. „Spakuj bagaż i spotkaj się ze mną potajemnie przy granicy watahy o jedenastej wieczorem” – powiedziałam stanowczo, a ona skinęła głową.
Ja też nie chciałam, żeby tu została. To byłoby piekło, gdyby Lydia została nową Luną.
Kiedy dotarłam do swojego pokoju, wepchnęłam do torby ubrania, drogocenny księżycowy sztylet podarowany mi przez ojca i wszystko inne, co wpadło mi w ręce. Musiałam stąd uciekać. Nie wiedziałam, dokąd idę, ale każde miejsce będzie lepsze niż to.
Położyłam dłoń na brzuchu i zamknęłam oczy, starając się nie płakać. Musiałam żyć – przynajmniej dla dziecka, które nosiłam.
„Wiesz, jak długo czekałam na ten dzień?”
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Lydię stojącą w drzwiach, ale nie odpowiedziałam. Dalej się pakowałam.
„Ten pokój, wszystko tutaj, w końcu trafi do prawowitej właścicielki” – szydziła, siadając po turecku na łóżku.
„Och, powinnam ci coś powiedzieć? Skoro od dawna jesteśmy blisko, podzielę się tym z tobą przez wzgląd na dawne czasy” – powiedziała, wstając z łóżka i podchodząc bliżej. Dźwięk jej obcasów odbijał się echem w pokoju.
„Wiesz, jaką odrazę Declan zawsze do ciebie czuł?” – zadrwiła, ale opanowałam gniew, odmawiając jakiejkolwiek reakcji. Musiałam wkrótce wyjść.
„Ale kiedy zauważył, że jedyne dziecko Alfy to nic innego jak naiwna, bezwilcza idiotka, która nie może mieć mate, postanowił dać ci szansę” – kontynuowała z uśmieszkiem.
„Tak bardzo pragnęłaś miłości, że wolałaś nie widzieć prawdy, która była tuż przed tobą” – warknęła, mierząc mnie wzrokiem pełnym pogardy. Moje dłonie drżały, gdy walczyłam z pokusą, by jej odpowiedzieć.
„Jesteś głupia i bezużyteczna” – przewróciła oczami. „I wbij to sobie do tej swojej pustej głowy – śmierć twojego ojca… naprawdę myślisz, że to był zwykły atak wygnańców?”
„C-co?” – szepnęłam ledwo słyszalnie, a moje ręce zamarły.
„Głupia” – splunęła, przesuwając dłonią po mojej twarzy. „Twój ojciec nie był tak naiwny jak ty. Nigdy nie ufał Declanowi. Próbował cię ostrzec przed małżeństwem z nim”. Zaśmiała się histerycznie, po czym kontynuowała.
„Ale nasz mały, bezwilczy kundel tak bardzo łaknął miłości i czułości, że ignorował wszystko. W swoim egoistycznym pragnieniu poczucia więzi z mate, przeoczyłaś prawdę”. Cmoknęła z niesmakiem.
„Byłaś tak żałosna, że postanowiłam oddać ci mojego mate. No i co, nie jesteś wdzięczna?”
Stałam jak sparaliżowana, gryząc dolną wargę tak mocno, że popłynęła krew, próbując przetrawić wszystko, co powiedziała. Zalała mnie fala poczucia winy.
Zabiłam własnego ojca przez swoje samolubne pragnienia?
To wszystko stało się przeze mnie? Ojciec zginął przeze mnie?
Zacisnęłam dłonie na rąbku sukienki, a z moich ust wyrwał się dławiony krzyk.
„Hmpf, zasłużyłaś na to wszystko” – Lydia uśmiechnęła się z satysfakcją, po czym wyszła.
Mój płacz niosł się po pokoju, w którym siedziałam sama. Nie myliła się – zasłużyłam na to wszystko.
___
„Luno, wszystko w porządku?”
Selina podbiegła do mnie, gdy szłam przez polanę, a dźwięk łamanych gałązek rozbrzmiewał w głuchej ciszy nocy.
Skinęłam głową i uśmiechnęłam się. „Uciekajmy stąd”.
Chciała coś powiedzieć, ale tylko pokręciła głową. „Chodźmy, Luno. To będzie długi marsz, ale możemy odpocząć w jaskini za granicą”.
Wzięła ode mnie torbę i przytuliła mnie mocno, a ja oparłam się o nią, wdzięczna za jej ciepło.
Po przejściu sporego dystansu w końcu dotarłyśmy do zewnętrznych granic Królestwa Pyreclaw. Wzięłam głęboki oddech, wpatrując się w ziemię, którą moi przodkowie z trudem budowali. Dorastałam tutaj, to miejsce było wszystkim, co znałam. Ale teraz…
„Odpocznij tutaj, Luno”.
Selina skończyła uprzątać dla mnie mały kawałek miejsca w jaskini, a ja usiadłam, zamykając na chwilę oczy.
„Przyniosę ci coś do jedzenia…” – zaczęła Selina, ale otworzyłam oczy i położyłam palec na ustach, dając jej znak, by była cicho.
„Jesteś pewien, że ona tu jest?” – usłyszałam czyjeś pytanie, a kroki stawały się coraz głośniejsze.
„Jestem pewien. Nie jestem kurwa głupi” – odpowiedział inny głos, a Selina wzdrygnęła się z przerażeniem.
„Musimy ją znaleźć. Nagroda za jej głowę jest ogromna”.
„Słyszałem, że jest całkiem piękna. Moglibyśmy się najpierw trochę zabawić”.
Spojrzałam na Selinę i wyciągnęłam rękę, dając jej znak, by się nie ruszała. Poruszając się powoli, otworzyłam torbę i wyjęłam księżycowy sztylet, modląc się w duchu, by przeszli obok, nie wyczuwając naszego zapachu. Sądząc po odgłosach kroków, było ich czterech. Byłam bezwilcza, a Selina była tylko omegą – nie miałyśmy szans.
Ale szczęście nam nie sprzyjało.
Kroki ustały, a chwilę później mężczyźni stanęli tuż przed nami.
„Mamy ją” – największy z nich uśmiechnął się szyderczo i ruszył w moją stronę. „Kurwa, ale z niej piękność”.
Reszta wybuchnęła śmiechem.
Zanim zdążył do mnie podejść, Selina wybiegła przede mnie z niewielkim kijem, trzymając go ochronnie.
„N-nie podchodźcie ani kroku bliżej” – jej głos brzmiał słabo, co wywołało u mężczyzn salwę śmiechu.
„Och, jest i druga dziewczyna? Ale mamy dzisiaj farta, chłopaki”.
„L-Luno, uciekaj. Ja ich zatrzymam” – szepnęła. Ale zanim zdążyła zrobić krok naprzód, szarpnęłam ją za siebie i mocniej zacisnęłam dłoń na sztylecie, patrząc, jak lśni jasno w blasku księżyca przez krótką chwilę.
„Kto was posłał? Lydia czy Declan?” – zażądałam odpowiedzi, zbierając w sobie całą odwagę.
„Haha, ktoś znacznie potężniejszy od nich” – odpowiedział ten największy, oblizując wargi, podczas gdy jego wzrok wędrował po mnie niczym drapieżnika obserwującego ofiarę. „A teraz chodź tu i bądź grzeczną dziewczynką, załatwmy to po dobroci, okej?”.
Ktoś ważny? Czy był ktoś jeszcze, kto chciał mojej śmierci poza Declanem i Lydią?
Spojrzałam na Selinę i zmarszczyłam brwi. „Powinnaś uciekać. To nie jest twoja walka” – powiedziałam jej, modląc się, by posłuchała. Ale nie posłuchała.
„Proszę, uciekaj, Luno. Jeśli istnieje życie po śmierci, mam nadzieję, że Bogini Księżyca pozwoli nam się znów spotkać”.
To było jej ostatnie zdanie, zanim rzuciła się na jednego z mężczyzn.
„Wy pieprzone gnojki!” – wrzasnęła, drapiąc go po twarzy. Stałam tam zamrożona, patrząc z przerażeniem, jak wyraz twarzy mężczyzny ciemnieje. Chwycił ją za szyję i nagle – trzask!
„Selino!”
Jej ciało zwiotczało, a ja upadłam na ziemię, zapominając, jak się oddycha. „Nie… Nie!”
„Ech, po co to zrobiłeś? Zabiłeś ją, zanim chociaż jej skosztowaliśmy”.
Wpatrywałam się w Selinę z szoku, a łzy zalały mi oczy. Znowu. Ktoś zginął przeze mnie. Znowu. Czy zakochanie się w niewłaściwym mężczyźnie było aż tak wielkim grzechem? Czy Bogini Księżyca musiała mnie tak karać? Co zrobiłam nie tak?
„Brać ją” – rozkazał mężczyzna, a ja patrzyłam, jak mnie otaczają. Strach sparaliżował moje ciało, ale zmusiłam się do wstania, gdy w głowie odbiły się echem słowa ojca.
„Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, Valerie”.
Mylił się. Ale gdy mocniej ścisnęłam rękojeść sztyletu, wiedziałam jedno – nie poddam się bez walki. Miałam kogoś do ochrony.
Pierwszy mężczyzna rzucił się na mnie, ale zdołałam uskoczyć w ostatniej chwili. Był szybki, ale odsunęłam się, zanim zdążył chwycić mnie za rękę. Unosząc sztylet, drasnęłam jego wyciągnięte ramię.
„Aaa!” – wrzasnął.
Gdy broń go dotknęła, wszyscy patrzyliśmy zszokowani, jak jego ciało rozpada się w drobny pył, znikając w nicości.
„Co do cholery?” – wykrzyknął ktoś.
Wpatrywałam się w sztylet, nie mogąc pojąć, co się właśnie stało. Kiedy podniosłam wzrok, ich twarze się zmieniły – nie bawili się już ze mną, byli zdeterminowani, by mnie zabić.
Wzięłam głęboki oddech, uspokajając drżącą rękę. Nie przeżyję tego. Wiedziałam to. To był koniec.
Zanim zdążyli podejść bliżej, obróciłam sztylet, kierując ostrze w swoją stronę.
Z ostatnim tchem wbiłam sztylet prosto w serce.
„Jeśli jakaś Bogini Księżyca patrzy… nie, jeśli są tam jacyś bogowie – ktokolwiek, kto słyszy moją prośbę – proszę… proszę, daj mi drugą szansę. Naprawię wszystko”.
Szeptałam te słowa z desperacją, podczas gdy pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Ze sztyletu wystrzeliło oślepiające światło, pochłaniając mnie całkowicie, aż ja również rozpadłam się w pył.






