

Autor: Adrian Novak
Kaelie Ashcroft była największą hańbą Watahy Winter-lune. Urodzona słaba, nieprzebudzona i przeklęta przepowiednią wiedźmy, według której nigdy nie miała zaznać przemiany, była bita, pogardzana i wygnana przez własną rodzinę do zapomnianego przez boga miasteczka. Dla świata była bezbronnym, kruchym wyrzutkiem. Ale nikt nie znał jej sekretów. Kaelie nie jest ofiarą. To zabójcza mistrzyni sztuk walki i medyczny geniusz działający w cieniu; kobieta, która nie potrzebuje bestii, by dumnie kroczyć przez świat. Wszystko zmienia się pewnej feralnej nocy, gdy w ciemnej alejce natyka się na umierającego mężczyznę. To Killian Vandermere, bezlitosny i majestatyczny Król Alfa Watahy Umbra-Veil. Otruty, wciągnięty w zasadzkę i z odsłoniętym gardłem – legendarny przywódca jest zdany na jej łaskę. Chłodnym, niemal chirurgicznym ruchem nadgarstka, Kaelie ratuje mu życie. W chwili, gdy ich oczy się spotykają, elektryczna iskra rozpala ogień w ich duszach. Jest jednak pewien haczyk – Kaelie nie posiada wilka. Nie można jej posiąść konwencjonalnymi sposobami, ona sama odmawia bycia uwiązaną i z całą pewnością nie kłania się żadnemu Alfie. Gdy śmiertelni wrogowie zaciskają pętlę, a dawne zdrady wychodzą na jaw, zaborczy Król Alfa jest zdeterminowany, by ścigać swoją upartą, lodowatą wybawicielkę aż na krańce świata. Ale jak usidlić partnerkę, która już teraz jest najgroźniejszą bronią na kontynencie?
Letnie noce w Ferndale były nieznośnie upalne. Powietrze zdawało się płonąć, budząc w duszy dręczący niepokój.
Po wieczornych zajęciach Kaelie Ashcroft, jak to miała w zwyczaju, odczekała, aż większość kolegów i koleżanek z klasy wyjdzie, po czym ruszyła rowerem do domu. Wybrała ustronną alejkę – skrót, który mimo swego odizolowania pozwalał jej zaoszczędzić ponad dwadzieścia minut drogi.
Zanim jednak zdążyła wyjechać z alejki, jej czuły nos wyłapał wyraźny, obezwładniający zapach krwi.
Ten zapach nie był jej obcy. Choć inna nastoletnia likanka mogłaby wpaść w panikę i rzucić się do ucieczki, Kaelie spokojnie pedałowała dalej.
Zgodnie z jej przewidywaniami, pięć minut później natknęła się na brutalną bitwę toczącą się w głębi zaułka.
Przed nią grupa co najmniej tuzina potężnych, muskularnych likanów, od których biła pierwotna dzikość, otaczała samotnego mężczyznę o niezwykłej aurze.
Likany, z napiętymi mięśniami i oczami błyskającymi furią, warczały głęboko, a ich wyszczerzone pyski oświetlał blask księżyca.
Mężczyzna, którego osaczyli, był broczony krwią, lecz wciąż dzielnie odpierał ich ataki.
Kaelie widziała jednak, że jest ciężko ranny – nie wytrzyma już długo.
Cóż, to kłopot.
Balansując jedną stopą na ziemi, a drugą na pedale roweru, z jedną ręką w kieszeni mundurka i drugą lekko opartą na kierownicy, Kaelie wydała z siebie ostry gwizd, przyciągając uwagę wszystkich obecnych.
Dźwięk sprawił, że obie strony na chwilę zamarły i spojrzały w jej stronę.
To pozwoliło Kaelie wyraźnie zobaczyć, kim był ranny mężczyzna.
Był to Killian Vandermere, alfa watahy Umbra-Veil, najpotężniejszego stada likanów na kontynencie Monterra.
Wataha Umbra-Veil miała jednak swoją siedzibę w Noverii – co Killian, ich alfa, robił w takim zapomnianym miejscu jak Ferndale?
– Jeśli nie chcesz zginąć, odejdź stąd natychmiast! – warknął przywódca likanów, wyraźnie lekceważąc ją jako nieprzebudzoną nastolatkę.
Kaelie zmarszczyła brwi, a w jej oczach błysnęła irytacja.
– Blokujecie mi drogę – powiedziała beznamiętnie.
– Szukasz śmierci? – warknął przywódca, tracąc cierpliwość. Czekali na idealną okazję, by zaatakować Killiana, gdy będzie sam.
Otruty i niezdolny do przybrania wilczej formy, Killian był bezbronny. To była ich najlepsza szansa, by go zabić, i nie mogli pozwolić sobie na żadne przeszkody.
Na ostre spojrzenie przywódcy dwaj likanie natychmiast ruszyli w stronę Kaelie.
Zanim jednak do niej dotarli, Kaelie położyła drugą stopę na pedale i wjechała prosto w watahę, szarżując na nich z brawurową prędkością.
W ułamku sekundy jej rower uderzył w jednego z likanów, powalając go na ziemię.
Kaelie wykorzystała impet, by odbić się od siodełka, wywinęła w powietrzu salto i wymierzyła podwójne kopnięcie prosto w twarz innego przeciwnika.
Przywódca warknął na widok dziewczyny atakującej jego ludzi.
– Zabić oboje! – wrzasnął. Czas uciekał. Jeśli przybędą posiłki z watahy Umbra-Veil, stracą szansę na wyeliminowanie Killiana na zawsze.
Killian, choć ledwo zachowywał przytomność, zmusił się do walki. Był alfą watahy Umbra-Veil; nie mógł pozwolić sobie na śmierć w takim miejscu.
Kaelie nie planowała tu zostawać. Chciała tylko dać tym likanom nauczkę i odjechać.
Jednak gdy mijała Killiana, jej wzrok niechcący skrzyżował się z jego spojrzeniem.
Nagle jej tętno gwałtownie przyspieszyło.
W tym samym czasie, gdy oczy Killiana spotkały jej oczy, w jego piersi zapłonęło intensywne, ogniste uczucie, które rozprzestrzeniło się niczym pożar.
Czuł się tak, jakby każda komórka jego ciała stanęła w ogniu, napełniając go nowym wigorem i pasją. Nie widział i nie słyszał już niczego innego – jego świat zawęził się tylko do niej.
– Mate... – wymamrotał, a słowo to wymknęło się z jego ust niemal instynktownie.