languageJęzyk
Naznaczona przez Władcę Krwi-placeholderNaznaczona przez Władcę Krwi

Naznaczona przez Władcę Krwi

Autor: Sienna Chase

Czytaj
Ostatnia aktualizacja: 13 maj 2026
125 Rozdziały
207.6K słów

„Myślałam, że ukrywam się przed mafią. Nie wiedziałam, że pogrywam z potworami”. Nocą jestem znana jako najbardziej nieuchwytna, nietykalna hakerka podziemia. Ale za dnia jestem po prostu Vicky – zwykłą barmanką nalewającą drinki w „The Red Lady”, która stara się nie rzucać w oczy, a swoje sekrety trzyma głęboko w ukryciu. Mam jedną prostą zasadę, by przetrwać: nigdy nie zwrócić na siebie uwagi Klubu Czwartkowego. Są drapieżnikami alfa tego miasta. Bezwzględni, zniewalająco przystojni i zabójczo potężni. Vidar, Caine i ich syndykat miliarderów nie tylko rządzą przestępczym półświatkiem – oni władają nocą. Ponieważ nie są tylko mafiosami. Są wampirami czystej krwi. Kiedy moja tytanowa maska opada, a mój cybernetyczny sekret wychodzi na jaw, spodziewam się, że mnie zabiją. Oni jednak zamykają drzwi. Nie chcą rozlewu mojej krwi; pragną mojego całkowitego poddania się. Lodowata obsesja Vidara. Zabójcza opiekuńczość Caine'a. Patrzą na mnie nie jak na zdobycz, lecz jak na swoją przeznaczoną. Co jest w tym najstraszniejsze? Nie mają najmniejszego zamiaru o mnie walczyć. Chcą się mną podzielić. Próbowałam zhakować ich system, ale oni zhakowali moją duszę. Teraz ucieczka nie wchodzi w grę... ponieważ Władcy Krwi zdążyli już upomnieć się o to, co do nich należy.

Pierwszy rozdział

Był czwartkowy wieczór, a Vicky przewróciła oczami na widok Emmy, która chichotała z ekscytacji, przeglądając się w lustrze za barem. Kiedy upewniła się, że jej włosy i makijaż są na swoim miejscu, sprężystym krokiem ruszyła do prywatnej sali „The red lady”. „The red lady” był barem o standardzie wyższym niż przeciętny, mimo że znajdował się w tej gorszej, podejrzanej części miasta. Wnętrze w całości składało się z ciemnego drewna, bogatych tkanin w głębokich barwach i mosiężnych detali. Stanowił on kwintesencję zromantyzowanej wizji speakeasy. I to właśnie tam pracowała Vicky, przynajmniej na razie. Przez większość czasu było to dobre miejsce pracy. Rachel Monroe, właścicielka, dbała o to, by klienci nie naprzykrzali się dziewczynom pracującym za barem. Chyba że same tego chciały. Płaciła przyzwoitą stawkę godzinową, a napiwki, które najczęściej zgarniało się w ciągu nocy, mogły dorównywać pensji na stanowisku menedżerskim. Uniformy, choć seksowne i raczej skąpe z uwagi na brak materiału, nie były tak okropne jak w niektórych lokalach. Jedwabna bluzka z krótkimi, bufiastymi rękawkami wyglądałaby z klasą, gdyby nie głęboki dekolt, który odsłaniał więcej biustu Vicky, niż jakikolwiek inny element jej garderoby. Mała, czarna ołówkowa spódniczka była krótka, ale zakrywała pośladki, dopóki Vicky nie pochyliła się w pasie. Cienkie, czarne rajstopy i czarne czółenka spinały wszystko w idealną całość. Seksownie, ale z klasą. Powodem, dla którego Emma w podskokach zmierzała do prywatnej sali, było cotygodniowe, czwartkowe spotkanie, które właśnie się rozpoczynało. Grupa mężczyzn, samych pociągających i niesamowicie przystojnych, spotykała się w wewnętrznym pokoju w każdy czwartek. Plotki głosiły, że to członkowie mafii spotykający się na neutralnym gruncie. Inni twierdzili, że to szpiedzy handlujący tajemnicami. Kimkolwiek byli, obsługująca ich dziewczyna zawsze zgarniała sowity napiwek. Przez co wszystkie kelnerki zacięcie walczyły o to, która z nich będzie tą szczęściarą. Ponieważ mężczyźni ci ewidentnie mieli pieniądze, drugorzędnym celem dziewczyn było usidlenie jednego z nich jako chłopaka albo „sugar daddy”. Vicky nie chciała mieć nic wspólnego z czwartkowym klubem. Nie potrzebowała w swoim życiu grupy mrocznych i ponurych facetów. Zdecydowanie nie potrzebowała zostać wplątana w jakieś nielegalne gówno. Vicky z największą przyjemnością i bez krztyny żalu pozwoliła Emmie ich obsługiwać. W międzyczasie Vicky zajmowała się resztą gości. Czwartki nie należały do najtłoczniejszych nocy, było tu zaledwie kilku stałych bywalców i jeden lub dwóch nowicjuszy. Vicky pomagała Rachel, która stała za barem. Odkładała właśnie czyste szklanki, kiedy wybiegła Emma; łzy spływały po jej twarzy, rujnując perfekcyjny makijaż. Szlochała, a zarówno Vicky, jak i Rachel rzuciły się w jej stronę i czym prędzej zaprowadziły ją za bar.

– Co się stało? Co ci zrobili? – zapytała Rachel i zlustrowała zapłakaną Emmę, próbując znaleźć jakieś obrażenia.

– Nienawidzę go. Nie mogę tam wrócić, nie zmuszajcie mnie – szlochała Emma. 

– Kto? Dotknął cię? Jeśli tak, naślę na niego Marcusa – powiedziała Rachel mrocznym tonem. Marcus był tego wieczoru bramkarzem. Stanowił klasyczny przykład wykidajły: wielki jak góra, z mięśniami, które groziły rozerwaniem zbyt ciasnej koszuli, jaką miał na sobie. Na jego twarzy zawsze gościł ponury grymas, co w połączeniu z paskudnie wyglądającą blizną biegnącą przez prawą stronę twarzy sprawiało, że wyglądał przerażająco. W rzeczywistości był dobrym człowiekiem, ale rzadko się odzywał. A kiedy już to robił, to po to, by uświadomić jednemu z gości, że ma kłopoty, albo by powiedzieć coś miłego jednej z pracujących tam dziewczyn. Vicky zawsze czuła się bezpiecznie w noce, w które pracował Marcus. 

– Nie – załkała Emma. – Powiedział, że mam grube uda i że nie powinnam flirtować, bo wyglądam jak świnia z zatwardzeniem – płakała. Vicky westchnęła i podała Emmie jedną z czystych szmatek, żeby mogła wytrzeć twarz. Rachel nalała jej tequili na dwa palce i kazała wypić.

– Musisz nabrać trochę grubszej skóry, mała – powiedziała Rachel do Emmy. – Idź umyj twarz i weź się w garść, a potem mi tu pomożesz. Wiem, Vicky, że nie masz ochoty obsługiwać prywatnej sali, ale trudno, masz pecha. Emma, czy chociaż przyjęłaś zamówienia na drinki? – Emma pokiwała głową i wręczyła jej swój notes, po czym uciekła do łazienki. – Wybacz – powiedziała Rachel do Vicky. Vicky wzruszyła ramionami. Mogła to znieść przez jedną noc, zwłaszcza jeśli napiwek był tak dobry, jak wszyscy mówili. Rachel zaczęła zastawiać tacę, opierając się na bazgrołach w notesie Emmy, i zanim Vicky się zorientowała, już zmierzała do prywatnej sali. Pokój tonął w półmroku. Przy okrągłym stole na samym środku, sześciu mężczyzn grało w karty. Wszyscy podnieśli na nią wzrok, gdy weszła, a większość z nich uśmiechała się ironicznie. Vicky uświadomiła sobie, że doskonale wiedzieli, iż to oni przepłoszyli Emmę, i domyśliła się, że teraz będą próbowali zrobić to samo z nią. Cóż, mogli próbować, ale na próżno. Spojrzała na drinki na swojej tacy, a potem na mężczyzn zgromadzonych wokół stołu. Nabrała już sporej wprawy w niemal bezbłędnym odgadywaniu przy barze, kto co pije. Trzy szklaneczki whiskey z łatwością trafiły przed trzech z nich, podobnie jak piwo. Nikt nie oponował. Spojrzała w dół na swoją tacę i dostrzegła Old Fashioned oraz, tu się zawahała, czy to Cosmopolitan? Czyżby Rachel popełniła błąd? Spojrzała na dwóch pozostałych mężczyzn. Szatyn, mniej więcej w jej wieku, bardzo przystojny, z okrutnym, drwiącym uśmieszkiem na twarzy. Oczami wyobraźni bez trudu widziała, jak zamawia Old Fashioned, żeby zaimponować reszcie. Przeniosła wzrok na ostatniego z mężczyzn i aż ścisnęło ją w dołku. Kurwa, ale był obłędnie przystojny. Jego blond włosy były ułożone tak, jakby w ogóle nie zawracał sobie nimi głowy, a lodowatobłękitne oczy wpatrywały się w nią uważnie. Sposób, w jaki ciemny garnitur opinał jego ciało, sugerował, że po jego zdjęciu ukazałaby się równie niesamowita sylwetka. Nie było absolutnie żadnej możliwości, aby mężczyzna taki jak on zamówił Cosmopolitana. Postawiła różowego drinka przed szatynem, a następnie ostatniego przed Panem Lodowatobłękitne Oczy.

– Czy życzą sobie panowie czegoś jeszcze? Może coś do jedzenia? – zapytała. 

– A co się stało z twoją śliczną, małą przyjaciółeczką? Polubiłem ją – powiedział Pan Cosmopolitan. Wtedy Vicky zyskała pewność, że to on doprowadził Emmę do łez.

– Poprosiłam ją o zamianę – powiedziała Vicky, nie zdejmując z twarzy służbowego uśmiechu; uśmiechanie się w pracy weszło jej już w krew. 

– Chyba cię tu wcześniej nie widziałem, laleczko. Jesteś nowa? – zapytał z kpiącym uśmieszkiem mężczyzna na tyle stary, by z powodzeniem mógł być jej ojcem. 

– Nie, po prostu nie miałam jeszcze przyjemności obsługiwać panów w czwartkowe wieczory. Dlatego poprosiłam koleżankę o zamianę – poinformowała ich Vicky. 

– Cieszę się, że to zrobiłaś, dobrze będzie przez resztę wieczoru zawiesić oko na czymś tak apetycznym – stwierdził mężczyzna. Vicky nie potrafiła nad tym zapanować i jedna z jej brwi momentalnie powędrowała w górę. Co ten facet sobie myślał, że wciąż są lata pięćdziesiąte?

– To urocze – skwitowała i odwróciła się, by odejść. 

– Jeszcze nie odchodź. Chodź, usiądź mi na kolanach i przynieś mi szczęście – zawołał pewien głos. To był niebiański głos, silny, głęboki i pełny, z intrygującą nutą chrypki. Robił z Vicky rzeczy, do których żaden głos nie powinien mieć prawa. Odwróciła się i dostrzegła ironiczny uśmieszek na twarzy Pana Lodowatobłękitne Oczy. 

– Jesteś pewien, że przyniosłabym ci szczęście? – zapytała.

– Zlituj się nad naszym przyjacielem. Vidar przegrywa przez cały wieczór. Gorzej i tak już nie zrobisz – wtrącił Pan Cosmopolitan. Vicky nie widziała grzecznego wyjścia z tej sytuacji. Upewniła się, że uśmiech wciąż gości na jej twarzy, gdy ruszyła w stronę Vidara. Dziwne imię, pomyślała, kiedy chwycił ją i bez ostrzeżenia pociągnął na swoje kolana. Pachniał wspaniale, przeszło jej przez myśl, zanim w ogóle zdążyła się powstrzymać. Musiała wziąć się w garść i wrócić do rzeczywistości. 

– Jak masz na imię? A może mam cię nazywać po prostu kelnerką? – zapytał Vidar. 

– Mógłbyś, ale masz znacznie większe szanse na zwrócenie mojej uwagi, jeśli będziesz mi mówił Vicky – odpowiedziała mu. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że kąciki jego ust drgnęły, jakby chciał się uśmiechnąć. Zamiast tego jednak mruknął coś pod nosem. Objął ją ramieniem w talii, by utrzymać ją w miejscu, podczas gdy jedną ręką grał w karty. Vicky nigdy wcześniej nie widziała takiej gry i kompletnie gubiła się w jej zasadach. 

– Czy Vicky to nie brzmi trochę staromodnie? Przypomina mi moją babcię – rzucił Pan Lata Pięćdziesiąte. 

– Tak mam na imię i z całą pewnością nie jestem pana babcią – odparła Vicky. Zgromadzeni wokół stołu cicho parsknęli śmiechem. 

– Święte słowa – powiedział mężczyzna siedzący obok Vidara. Zlustrował jej ciało, a jego wzrok na dłuższą chwilę zatrzymał się na jej piersiach. Vicky miała ochotę przewrócić na niego oczami, ale ostatecznie postanowiła go zignorować. Gra toczyła się dalej. Vicky nie potrafiła pojąć jej zasad, ale wydawało się, że grają w dwóch, trzyosobowych drużynach. I wszystko wskazywało na to, że drużyna Vidara wygrywa. Po trzecim zwycięstwie z rzędu Vidar i jego kompani śmiali się i bezlitośnie drwili z pozostałych. 

– Wygląda na to, że jesteś prawdziwym talizmanem, Vicky. Chodź, usiądź u mnie – powiedział Pan Cosmopolitan, klepiąc się po udzie, jakby była, kurwa, jakimś psem. Dłoń Vidara na moment zacisnęła się mocniej na jej biodrze, po czym ją puściła.

– To by była ulga. Może i przynosi szczęście, ale trochę jednak waży – powiedział Vidar do pozostałych, co wywołało w sali salwę śmiechu. Pieprzony idiota, pomyślała Vicky. Celowo obeszła stół, znacznie mocniej kołysząc biodrami. Skoro zamierzał z niej kpić i próbował wpędzić w kompleksy, mogła mu chociaż pokazać, co traci. – Zanim zaczniemy kolejną rundę, poproszę o nowego drinka – dodał Vidar. Vicky zatrzymała się tuż przed tym, jak miała usiąść na kolanach drugiego mężczyzny. Na samą myśl o zrobieniu tego przechodziły ją ciarki obrzydzenia, ale bardzo się starała, żeby niczego po sobie nie pokazać. Na szczęście, teraz zyskała idealną wymówkę. 

– Oczywiście. To samo co wcześniej? – zapytała.

– Tak.

– A pozostali panowie? – dopytała Vicky. Wszyscy zamówili kolejną kolejkę tego samego, a Vicky ruszyła z powrotem do baru. Gdy tylko podeszła, Rachel wymownie na nią spojrzała. 

– Wszystko w porządku? – zapytała Rachel. Vicky wzruszyła ramionami. 

– Wszyscy są dupkami, ale nic na to nie poradzę. Nie jestem ich, kurwa, matką – powiedziała. Wykorzystała chwilę, której Rachel potrzebowała na przygotowanie drinków, żeby wreszcie odetchnąć i się zrelaksować. Powtarzała sobie w myślach, żeby skupić się na utrzymaniu nerwów na wodzy. Prawienie kazań czy krzyczenie na jakiegokolwiek klienta zawsze było złym pomysłem i najprawdopodobniej skończyłoby się dla niej zwolnieniem. A gdyby zrobiła to w pokoju pełnym mafiosów, musiałaby zacząć martwić się o to, czy w ogóle ujdzie z życiem. 

– Emma już się uspokoiła. Chcesz, żebym ją tam posłała? – zapytała Rachel.

– Nie. Ale dzięki za propozycję. Dam sobie radę. To tylko jedna noc z mojego życia. Zacisnę zęby i to przetrwam – odpowiedziała Vicky z uśmiechem, a nawet wesoło mrugnęła do Rachel, ruszając z powrotem do prywatnej sali z tacą pełną drinków. Rozdała je całkowicie pewną ręką, mając tylko cichą nadzieję, że wszyscy zdążyli już zapomnieć o tym, jak miała usiąść na kolanach Pana Cosmopolitan.

Czytaj