

Autor: Joooooe
„Zdrada uczyniła mnie niewolnicą; księżyc uczynił mnie jego towarzyszką”. ~ Porwana, wystawiona na aukcję i odrzucona. Lyraea, rozpieszczona córka Alfy Vorthosa, zostaje odarta z godności i sprzedana największemu rywalowi swojego ojca, Alfie Varkonowi. W noc, gdy ich dusze rozpoznają się jako przeznaczeni sobie towarzysze, Varkon zadaje miażdżący cios: zimne odrzucenie i wyrok dożywotniej niewoli jako jego „rodzicielka”. Wykorzystywana jako narzędzie wojny psychologicznej i upokorzona na splamionym krwią podium, Lyraea ma zostać złamana. Jednak w zimnych lochach watahy Sanguilune odkrywa przerażającą prawdę: jej przeznaczony potwór może nienawidzić jej ojca, ale nie potrafi oprzeć się Omedze, którą przysiągł zniszczyć. Byłam jego pionkiem. Byłam jego dziwką. Ale teraz stanę się jego zgubą.
PROLOG
Varkon Volaris, Alfa watahy Sanguilune, zawiązał maskę na głowie. Był to cienki czarny pasek zakrywający górną część twarzy, z wyciętymi otworami na oczy. To było idealne przebranie.
Jego wataha toczyła wojnę ze Srebrnymi Łapami, a on właśnie odkrył idealny sposób na zakończenie konfliktu bez dalszego rozlewu krwi: porwać Lyraeę, jedyną córkę Alfy Vorthosa, i zażądać spełnienia jego warunków w zamian za jej uwolnienie. Varkon wiedział, że ta rozpieszczona panienka z wyższych sfer jest niezwykle cenna dla swojego ojca i siedmiu braci. Natychmiast ugięliby się przed jego żądaniami, byle zapewnić jej bezpieczeństwo.
_
PERSPEKTYWA LYRAEI
Znów była pełnia! Nienawidziłam pełni. Przypominały mi, że minął kolejny miesiąc, a moi bracia wciąż walczyli w wojnie, którą mój ojciec wypowiedział pod wpływem kaprysu. Miałam tylko nadzieję, że wszystko będzie z nimi dobrze.
Usłyszałam pukanie przebijające się przez głośne wycie jesiennego wiatru i uśmiechnęłam się. Nawet teraz mój ojciec wciąż przychodził, by życzyć mi dobrej nocy i ucałować mnie w czoło przed snem.
— Wejdź, tato — powiedziałam z uśmiechem błąkającym się na ustach, podchodząc do okna, by wyjrzeć na nasz zachwycający ogród na dole.
Drzwi otworzyły się i odwróciłam się, ale to nie był mój ojciec. Stała tam Thalessa, moja służąca, chichocząc figlarnie.
— Thalessa! Co ty tutaj robisz? — zapytałam, choć bardzo się cieszyłam z jej obecności. Thalessa i ja byłyśmy potajemnymi najlepszymi przyjaciółkami. Ukrywałam to jednak przed ojcem. Choć dla mnie był kochający i czuły, wiedziałam, że potrafi być bardzo okrutny dla innych członków watahy. Prawdopodobnie wygnałby Thalessę za samo odważenie się na przyjaźń ze mną. Było wiele rzeczy, o których mój ojciec nie wiedział, na przykład to, że zazwyczaj przemycałam jedzenie i wodę więźniom, albo że czasem kradłam mu pieniądze i dzieliłam je między niewolników mieszkających w naszych czworakach.
Thalessa zachichotała ponownie, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi.
— Wiesz, że to trochę ryzykowne, że tu przyszłaś. Mój ojciec może pojawić się w każdej chwili, żeby mnie ucałować na dobranoc.
Thalessa machnęła ręką, lekceważąc moje obawy. — E tam! Alfa Vorthos dziś nie przyjdzie, uwierz mi.
— Dlaczego? — zapytałam zaniepokojona, czując, jak strach ściska mi serce. — Co mu się stało? — Mój ojciec tylko raz nie przyszedł ucałować mnie na dobranoc, a było to w dniu śmierci mojej matki.
Thalessa wzruszyła ramionami. — Myślę, że miał do załatwienia coś bardzo ważnego. Rhogar przyniósł mu wiadomość o jakimś Alfie, który prosił o spotkanie przy granicy czy coś w tym stylu. Ubrał się i wyszedł. Nie sądzę, żeby wrócił dziś w nocy, a nawet jeśli, to nie teraz.
Wpatrywałam się w nią, próbując dostrzec, czy nie ukrywa przede mną czegoś jeszcze. Może starała się w pewien sposób przekazać mi nieprzyjemne wieści tak, by były mniej szokujące.
— Lyraea! Obiecuję, twój ojciec ma się dobrze i nie wróci w najbliższym czasie. Możesz się odprężyć.
Odetchnęłam z ulgą. — Dobrze, skoro tak mówisz. — Moje usta wygięły się w szerokim uśmiechu. — To znaczy, że mamy dla siebie mnóstwo czasu! Och, Thalessa! — Chwyciłam ją za obie ręce i zakręciłam się z nią. Obie śmiałyśmy się, chwiejąc się nieco na nogach, gdy w końcu ją puściłam.
— Dobra! Kładź się na łóżku i wyśpiewaj wszystkie soczyste szczegóły każdej plotki, jaką usłyszałaś w zeszłym tygodniu. I to jest rozkaz córki Alfy — powiedziałam żartobliwie, a ona zaśmiała się, ale potrząsnęła głową.
— Mam coś lepszego niż zwykłe plotki. Znalazłam żołnierza Sanguilune na zewnątrz, w twoim ogrodzie.
Moje oczy rozszerzyły się ze strachu. Wataha Sanguilune była tą, której mój ojciec wypowiedział wojnę. Moi bracia walczyli obecnie na ich terytorium. Co żołnierz Sanguilune robił tutaj? Czy przyszedł zabić mojego ojca? Najechać moją watahę?
Thalessa zaśmiała się nerwowo. — Spokojnie, Lyraea. Jest ranny. Przyszłam prosić cię o pozwolenie, by mu pomóc.
Mój umysł natychmiast przełączył się ze strachu na instynkt opiekuńczy. Zawsze czułam instynktowną potrzebę leczenia rannych ludzi i zwierząt. — Oczywiście, Thalessa! Gdzie on jest? Czekaj, wezmę apteczkę.
W ciągu minuty skompletowałam wszystko, co uznałam za potrzebne, a Thalessa zaczęła mnie prowadzić na zewnątrz, do miejsca, w którym widziała żołnierza. Nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać, jak w ogóle znalazł się w moim ogrodzie. Może gdybym to zrobiła, oszczędziłabym sobie tego, co wydarzyło się później.
— Był tutaj wcześniej, przysięgam! Teraz go nie widzę — wymamrotała Thalessa ze zmieszaniem. Obie stałyśmy na zewnątrz, pod dużym rozłożystym drzewem, które zasłaniało blask księżyca.
— Powinnyśmy były wziąć lampę — szepnęłam cicho, drżąc ze strachu. Byłam omegą, więc moje instynkty nie były zbyt ostre, ale mogłabym przysiąc, że czuję potężną aurę. Nie pytałam Thalessy, czy ona też to czuje, bo nie chciałam, żeby i ona się przestraszyła. Byłam córką Alfy; moim obowiązkiem było przejęcie inicjatywy w takich sytuacjach.
— Pójdę po lampę — szepnęła Thalessa, a po brzmieniu jej głosu poznałam, że ona też się boi.
Skinęłam głową, rozpaczliwie chcąc ją zawołać z powrotem, gdy pobiegła w stronę dworu. Wiatr przybrał na sile, rozwiewając dziko moje włosy i owijając je wokół twarzy.
Zamknęłam oczy, by włosy nie smagały mi tęczówek, i zanim zdążyłam je otworzyć, poczułam, jak potężna dłoń zaciska się na moich ustach, a druga obejmuje mnie w talii, przyciskając do wielkiego, męskiego ciała.
Apteczka wypadła mi z rąk. Próbowałam krzyczeć ze strachu, ale jego dłoń mocno przycisnęła moje usta, sprawiając mi ból. Łzy zamazały mi obraz i przekonałam się, że moja siła jest bezużyteczna w starciu z nim.
Poczułam jego oddech na uchu, gdy szepnął: — A teraz słuchaj, Lyraea. Wiem, że prawdopodobnie jesteś rozpieszczoną jaśnie panią, przyzwyczajoną, że wszystko jest po jej myśli, ale lepiej rób, co ci każę, bo inaczej skrzywdzę cię w najgorszy sposób, jakiego nie potrafisz sobie nawet wyobrazić.
Jego słowa przeszyły moje serce strachem. Miałam żywą wyobraźnię i nie wiedziałam, jaki poziom bólu może wykraczać poza jej granice.
— Powoli zabiorę rękę z twoich ust. Obiecujesz, że nie będziesz krzyczeć? Skinij głową, jeśli nie będziesz krzyczeć.
Skinęłam głową, wciąż płacząc. Łzy spływały mi po twarzy, zbierając się tam, gdzie jego dłoń zakrywała mi usta.
— A teraz prowadź do wyjścia — szepnął cicho, gdy w końcu mnie puścił.
Chciałam zapytać, kim jest i dlaczego mnie porywa, ale kiedy otworzyłam usta, by przemówić, wyrwało się ze mnie tylko jedno słowo: — Partner.
Wpatrywałam się w szoku w tańczące drzewa, a on natychmiast mnie obrócił, tak że stanęłam twarzą w twarz z najdoskonalszym obrazem mężczyzny, jaki kiedykolwiek widziałam.
W jego oczach malowało się zaskoczenie. — Nie. To niemożliwe — szepnął cicho.