

Autor: Aeliana Thorne
Pięć lat temu Emeline Maxwell uciekła od swojego przeznaczonego partnera i jego watahy w środku nocy, uratowana na granicy przez brata, który zabrał ją do domu, w bezpieczne miejsce. Pięć lat leczenia, pięć lat bólu... a potem znalazła swojego partnera drugiej szansy, co wielu uważało za niemożliwe, w ostatnim miejscu, w którym by się spodziewała. W środku szczytu mającego na celu lepsze wspieranie jedności wilkołaków i Lykanów. Król Lykanów był jej partnerem drugiej szansy. Nie wszyscy byli zadowoleni z tego układu; tradycjonaliści nazywali to zdradą, a jej pierwszy partner miał swoje własne "obawy". Czy Emeline i Theodore dadzą radę? To jest pytanie.
Stałam na skraju sali balowej, a moja czarna suknia jawiła się niczym cień na tle lśniących marmurowych ścian Złotego Kompasu. Powietrze brzęczało od wymuszonych rozmów, przerywanych sporadycznym, sztucznym śmiechem. Mimo wzniosłych celów szczytu, jakim była jedność, sala podzieliła się tak niechybnie, jak olej oddziela się od wody; wilkołaki tłoczyły się po lewej, a Likanie po prawej stronie, podczas gdy niewidzialna granica między nami utrzymywana była przez stulecia nieufności. Moja rola jako gammy stada Krwawego Księżyca oznaczała, że powinnam pomagać w zasypywaniu tych podziałów, ale czułam się raczej jak wartownik na granicy, wypatrujący oznak kłopotów.
Kryształowe żyrandole oblewały zgromadzenie ciepłym światłem, które odbijało się od klejnotów i spinek do mankietów, tworząc konstelacje świetlistych refleksów.
– Wyglądasz, jakbyś katalogowała drogi ucieczki – dobiegł zza mnie rozbawiony głos mojego brata.
Odwróciłam się przodem do Elijaha, którego szerokie ramiona wypełniały granatowy garnitur z niewymuszonym autorytetem. Jako Alfa Krwawego Księżyca nosił oficjalne regalia naszego stada; srebrny haft przedstawiający nasze terytorium przodków wpleciony w klapy, nasz emblemat przypięty na piersi nad sercem.
– Tylko obserwuję – odparłam, przyjmując od niego kieliszek szampana. – Stare nawyki.
– Wciąż nasza czujna gamma. – Elena pojawiła się u jego boku, a jej miodowy blond włosy były upięte w misterną fryzurę, która podkreślała elegancką linię jej szyi. Jej suknia mieniła się głębokim burgundem, kolorem naszego stada, oddanym w lejącym się jedwabiu. – Choć mogłabyś rozważyć przynajmniej udawanie, że dobrze się bawisz, Emmo. Inne stada patrzą.
Uniosłam brew. – A co byś sugerowała? Może powinnam powędrować na stronę Likanów i poprosić kogoś do tańca?
Śmiech Elijaha był cichy, ale szczery. – To z pewnością byłoby mocne oświadczenie.
– Oświadczenie albo incydent – mruknęłam, popijając szampana. Smakował letnimi owocami i ukrytą cierpkością; zupełnie jak sam wieczór.
Elena dotknęła mojego ramienia, a jej palce były ciepłe przez cienki materiał mojego rękawa. – Rozumiemy twoją ostrożność, ale pamiętaj, dlaczego tu jesteśmy. Ten szczyt to pierwsze tego typu wydarzenie. Król Theodore w bezprecedensowym geście wyciągnął dłoń do stad wilkołaków.
– Dłoń, ale niekoniecznie przyjaźń – zripostowałam, choć nie podnosiłam głosu. Słuch Likanów był ostrzejszy od naszego. – Jeden szczyt nie wymaże stuleci patrzenia na nas z góry, jak na poślednie istoty.
Twarz Elijaha spoważniała. – Nie, ale to początek. A początki mają znaczenie.
Skinęłam głową, przyjmując tę łagodną reprymendę. Mój brat pracował bez wytchnienia, aby zapewnić Krwawemu Księżycowi zaproszenie na to zgromadzenie. Jako jedno z najstarszych i najbardziej szanowanych stad wilkołaków, nasza obecność miała swoją wagę. Nie zamierzałam podkopywać jego wysiłków dyplomatycznych moim utrzymującym się sceptycyzmem.
– Będę grzeczna – obiecałam, wygładzając nieistniejącą zmarszczkę na sukni. – Tylko nie oczekujcie cudów.
Uśmiech Eleny był pełen zrozumienia. – Nigdy nie oczekiwałabym cudów, jedynie twojej szczególnej odmiany dyplomatycznego uroku.
Prychnęłam cicho. – Tak to teraz nazywamy?
Wokół nas rozmowy przypływały i odpływały niczym morskie fale. Alfy wilkołaków gromadziły się w pobliżu zachodnich okien, a ich bety i gammy krążyły opiekuńczo w pobliżu. Likanie trzymali dystans, ich szaty były bardziej wyszukane niż nasze; warstwy haftowanego jedwabiu i ceremonialnych metali, które cicho brzęczały przy każdym ich ruchu.
Podszedł kelner, oferując delikatne paszteciki wypełnione rzadkimi górskimi ziołami i przyprawionym mięsem. Wybrałam jedno, dziękując skinieniem głowy. Smaki eksplodowały na moim języku; dziki rozmaryn, jałowiec i coś nieznanego, co musiało być unikalne dla kuchni Królewskiego Miasta. Nawet w jedzeniu mieszanie się tradycji było niepewne, eksperymentalne.
– Delegacja Srebrnego Kła cię obserwuje – mruknął Elijah, a jego wzrok na moment powędrował ku grupie wilkołaków, których szaro-srebrne stroje wskazywały na nasze najbliższe sąsiadujące stado.
Oparłam się pokusie, by spojrzeć wprost na nich. – Powinnam się martwić?
– Ich nowy alfa zadawał o ciebie pytania – powiedziała Elena, tonem swobodnym, choć jej oczy były czujne. – Nic niepokojącego, po prostu... był zainteresowany.
Zdusiłam westchnienie. Uważano mnie za wilkołaka w pełni dojrzałego, a mój status osoby bez partnera stał się przedmiotem spekulacji wśród stad. To, że kiedyś miałam partnera, było wiadome, lecz rzadko dyskutowano o tym otwarcie. Koncepcja partnera drugiej szansy była na tyle rzadka, że uchodziła za niemal mityczną, a ja już dawno temu pogodziłam się z tym, że w mojej przyszłości nikt taki się nie pojawi.
– Zainteresowanie natury politycznej czy osobistej? – zapytałam, choć znałam już odpowiedź.
Usta Elijaha drgnęły. – Podejrzewam, że jedno i drugie. Gamma Krwawego Księżyca byłaby cennym sojuszem.
– A do tego jestem taka urocza – dodałam sucho.
Elena zaśmiała się, a dźwięk ten przypominał wietrzne dzwonki. – Miewasz swoje momenty, kiedy tylko zechcesz.
Subtelna zmiana w energii panującej w sali dała się odczuć jeszcze przed jakąkolwiek zmianą wizualną. Rozmowy ucichły, ciała się wyprostowały, a łagodna cisza opadła niczym śnieg. Likanie poruszyli się pierwsi, ich ruchy były zsynchronizowane, gdy odwrócili się w stronę głównego wejścia. Nawet nie patrząc, wiedziałam, co to oznacza.
– Król – powiedział cicho Elijah, odstawiając kieliszek. – Pamiętaj o protokole.
Jak jeden mąż odwróciliśmy się w stronę wejścia. Masywne drzwi otworzyły się bezszelestnie, ukazując kontyngent królewskiej straży w ceremonialnych zbrojach, które lśniły od osadzonych w nich kamieni księżycowych. Poruszali się z płynną gracją, zajmując pozycje na obrzeżach wejścia. A potem pojawił się on.
Król Theodore Lykoudis wszedł bez zapowiedzi... nie była potrzebna. Jego obecność wypełniła salę niczym nadchodzący przypływ, nieunikniona i przeobrażająca. Był wyższy niż większość Likanów, jego potężna sylwetka odziana była w nocny błękit i srebro, które łapały światło przy każdym ruchu. W przeciwieństwie do wyszukanych strojów jego szlachty, jego ubiór świadczył o powściągliwej elegancji; jakość ponad ostentację. Pojedyncza platynowa opaska otaczała jego czoło, wysadzana kamieniami księżycowymi, które zdawały się chwytać i wzmacniać otaczające światło.
Zgodnie z wymogami protokołu, każda głowa w sali, zarówno Likana, jak i wilkołaka, skłoniła się z wyrazem uznania. Opuściłam swoją wraz z innymi, choć coś we mnie zjeżyło się na ten gest. Wilkołaki kłaniały się swoim alfom z szacunku i wyboru, a nie z obowiązku.
I wtedy to się stało.
Kiedy opuszczałam głowę, zaczerpnęłam tchu... i świat przechylił się na swojej osi.
Zapach uderzył we mnie niczym fizyczny cios: cedrowe lasy po deszczu, nagrzany słońcem kamień, dziki miód i coś pierwotnego oraz elektryzującego, co sprawiło, że każdy nerw w moim ciele ożył, a jednocześnie zamarł w bezruchu. Moje płuca zacisnęły się, odmawiając wydechu, gdy woń ta oplotła się wokół mnie, przeniknęła mnie, odciskając na samych moich komórkach.
– O jasna cholera – szepnęłam, a słowa wymknęły się, zanim zdążyłam je powstrzymać.
To było niemożliwe. To nie mogło się dziać. Nie tutaj. Nie teraz.