languageJęzyk
Odrzucona przez watahę, pożądana przez króla-placeholderOdrzucona przez watahę, pożądana przez króla

Odrzucona przez watahę, pożądana przez króla

Autor: Avelon Thorne

Czytaj
Ostatnia aktualizacja: 23 mar 2026
100 Rozdziały
97.2K słów

"Następnym razem, gdy spróbujesz ode mnie uciec, będę cię gonił. I nie miej złudzeń, złapię cię. Rozumiesz?" "T-, tak, panie." Jąkam się, nagle czując gorąco na całym ciele. "Alfo!" Poprawia mnie. "Mogę być Lykanem i Królem, ale nadal jestem twoją Alfą, kochanie." Sage jest niczym więcej niż odrzuconą omegą, żyjącą jako niewolnica w Watasze Ciernistego Krzewu. Cassius Sloane, spadkobierca Alfy, jest jedyną osobą, której może tam zaufać. A przynajmniej tak myślała. Kiedy na jej drodze potyka się przystojny nieznajomy, zakrwawiony i umierający, dobre serce Sage nie pozwala jej odwrócić się od niego plecami, pomimo konsekwencji za ukrywanie odszczepieńca. Ale jak tylko dochodzi do siebie, on też ją opuszcza. Sage prawie się poddała, kiedy jej przystojny nieznajomy wraca, ratując ją w jej najczarniejszej godzinie. Ale pośród jej zbawienia wychodzą na jaw prawdy, które sprawiają, że czuje się jeszcze bardziej nieufna i zdradzona. Może i dostała drugą szansę na życie i nowy dom, ale szybko odkrywa, że królewska watacha nie jest miejscem dla podrzędnej omegi. A stale rosnące przyciąganie, które czuje do pewnego króla, którego nigdy nie może mieć, jest ostatnią rzeczą, której potrzebuje. W królestwie nękanym przez zmutowanych odszczepieńców i polityczne zagrożenia, czy wzniesie się ponad swoją pozycję i znajdzie prawdziwe szczęście, czy na zawsze pozostanie odrzuconą omegą?

Pierwszy rozdział

Sage

– Sage! Sage! Gdzie jest ten mały łobuz bez wilka? – słyszę, jak Daphne, córka Bety i tak zwana przyszła Luna, a przynajmniej za taką się uważa, woła mnie, gdy wbiegam do domu watahy.

– Tutaj jestem! – odpowiadam nieco zbyt zdyszana.

– Spóźniłaś się! – łaja mnie, a w jej oczach czai się obietnica natychmiastowej i surowej kary.

Daphne chwyta mnie za nadgarstki, wykręcając je boleśnie i przyciągając mnie do siebie. – Ty leniwy szczeniaku z rynsztoka! Jak śmiesz wykorzystywać dobroć swojego Alfy! – Czuję pieczenie na policzku, zanim w ogóle rejestruję, jak jej dłoń leci, by wymierzyć mi uderzenie.

W oczach szczypią mnie łzy, ale nie pozwalam im popłynąć. Pocieram tkliwe ciało, ignorując chichoty innych omeg, które zebrały się, by cieszyć się widowiskiem. Nie uważałyby tego za tak zabawne, gdyby to im się przytrafiło. Ale oczywiście to się nigdy nie stanie. Nie, dopóki mają pod ręką biednego, pozbawionego wilka wyrzutka, takiego jak ja, nad którym mogą się znęcać zamiast tego.

– Wejdziesz po tej drabinie i wypolerujesz kryształowy żyrandol, aż będzie lśnił tak jasno, że zabolą cię oczy! Na kolację przychodzą ważni goście i nie pozwolę, by nasz Alfa przyjmował ich w czymś innym niż nieskazitelnie czysty dom! – rozkazuje.

– A-, ale ja n-, nie mogę. – Mój głos drży, a strach przebija w moim tonie. – B-, boję się wysokości.

– Możesz i zrobisz to! – żąda bez współczucia. – A teraz właź na tę drabinę, zanim dam ci powód do prawdziwego strachu!

Wpycham pastę i kilka szmat do kieszeni fartucha, a przetarte nici rozciągają się na szwach pod wpływem ciężaru. "Po prostu to zrób, Sage. Nic ci nie będzie. Wielu ludzi wspina się po drabinach i uchodzi z życiem." Wdrapuję się na drabinę, nie patrząc w dół, bym nie stchórzyła.

Jestem już prawie na samym szczycie, gdy obsuwa mi się stopa. Nagle spadam do tyłu, wymachując rękami z mocno zaciśniętymi oczami. W każdej sekundzie spodziewam się poczuć trzask pękającej czaszki o twardą drewnianą podłogę, zabita przez własny brak koordynacji.

Jednak miażdżący ból, na który się przygotowuję, nigdy nie nadchodzi. Zamiast tego łapie mnie para silnych ramion, przyciągając do ciepłej piersi i tuląc mnie w niej. To tak przyjemne uczucie, że mam ochotę się tam wtulić i nigdy nie odchodzić.

– Spokojnie, ptaszyno. – Jego głos jest głęboki, kojący i lekko rozbawiony. – Nie sądzę, żebyś była już gotowa do lotu.

– Cassius. – Wydycham, spoglądając w górę na przystojną twarz i uderzające, szmaragdowe oczy syna Alfy. – B-, bardzo przepraszam! Nie wiem, dlaczego jestem taka niezdarna. Dziękuję, że mnie złapałeś!

Próbuję wyplątać się z jego ramion, a on stawia mnie delikatnie na nogach, ale nie puszcza. Moje dłonie wydają się takie małe w jego uścisku, jego wielkie dłonie obejmują moje, a kciuki delikatnie pocierają moje nadgarstki. Uśmiecha się do mnie, ale nie w do końca przyjazny sposób, bardziej jak wielki, zły wilk pokazujący swoje wielkie, lśniące zęby.

– Nie ma za co dziękować, ptaszyno. Cieszę się, że tu byłem. Jestem pewien, że znajdziemy ci jakieś zajęcie, przy którym obie stopy będziesz mogła bezpiecznie trzymać na podłodze. – Łapie mnie za podbródek i zakłada kosmyk włosów za ucho.

– Tak, Alfo. – Przytakuję, łapiąc z trudem powietrze, gdy jego uśmiech staje się dziki, jakby chciał mnie pożreć. Wyrywam się z jego uścisku, a po moich plecach przebiega dreszcz.

– Dobra dziewczynka! – Słowa dudnią głęboko w jego piersi. Posyła mi seksowny uśmieszek, a potem znika.

– Jak śmiesz naprzykrzać się Cassiusowi! – Daphne wyrasta jak spod ziemi, wyrywając mnie z rozmarzenia. – Ma o wiele ważniejsze rzeczy na głowie niż ratowanie żałosnych omeg bez wilka!

Chwyta mnie za ramię, wbijając paznokcie w moją skórę, i ciągnie mnie do kuchni. Kiedy znikamy z pola widzenia, rzuca mną o ziemię i staje nade mną z groźnym spojrzeniem.

– Skoro nie potrafisz poradzić sobie z jednym prostym zadaniem, które ci wyznaczyłam, teraz pójdziesz na czworaka i wyszorujesz całą podłogę. Upewnij się, że będzie nieskazitelna, tak czysta, by nasi goście mogli się w niej przejrzeć! – Posyła mi złośliwy uśmieszek, a potem odrzuca na plecy swoje długie czarne włosy i odchodzi.

Kilka godzin później staję z tyłu i spoglądam na swoje dzieło, dumna z tego, co osiągnęłam. Podłoga jest wypolerowana na wysoki połysk, a całe pomieszczenie pachnie sosną. Mam nadzieję, że Cassius będzie ze mnie dumny, kiedy to zobaczy.

Wyczerpana ruszam korytarzem, by skorzystać z bardzo potrzebnej mi przerwy na toaletę. Daphne i kilka jej przyjaciółek tłoczą się razem, szepcząc konspiracyjnie, ale milkną, gdy przechodzę obok. Zastanawiam się, co ta diablica znowu knuje.

Kiedy wychodzę z łazienki, wszystkie na mnie czekają. Jedna z nich chwyta mnie za włosy i rzuca na ziemię w środku ich koła. Na zmianę kopią mnie i biją, aż ledwo mogę oddychać.

Zwijam się w kłębek i próbuję jak najbardziej chronić się przed ich ciosami. Kiedyś oddawałam, ale to tylko pogarszało sprawę, więc nauczyłam się leżeć nieruchomo i znosić to, starając się ze wszystkich sił nie płakać. Kiedy wszystkie już się na mnie wyżyły, Daphne pluje na mnie z morderczym wyrazem twarzy.

– Trzymaj się z dala od Cassiusa, mała dziwko! Myślisz, że nie zauważyłam tego twojego dzisiejszego popisu? Spróbuj uwieść go jeszcze raz, a poderżnę ci gardło, ty śmieciu!

Zostawiają mnie tak leżącą na podłodze, krwawiącą i posiniaczoną. Przez kilka minut łapię oddech, a potem powoli podnoszę się na nogi. Kiedy wracam do jadalni, piękna podłoga, nad którą tak ciężko pracowałam, jest całkowicie zniszczona. Przez całe pomieszczenie ciągną się brudne, tłuste ślady stóp, a na samym środku wygląda to tak, jakby ktoś wysypał kuchenne śmieci.

Wzdycham, przełykając chęć upolowania Daphne i zamordowania jej. Ale za tę zbrodnię wylądowałabym tylko w więzieniu. Pracuję do późnego wieczora, żeby naprawić szkody, upewniając się, że podłoga znów lśni tuż przed przybyciem gości. Nie wygląda tak ładnie jak za pierwszym razem, ale musi wystarczyć.

Umierając z głodu, ruszam do kuchni, by zawinąć kilka resztek jedzenia – to moja zapłata za całą tę ciężką pracę. Następnie wyruszam w długą drogę powrotną do mojej małej chatki tuż przy granicy watahy.

Jestem zmęczona do szpiku kości, a od otrzymanych ciosów boli mnie wszystko. Każdego innego dnia szłabym do domu powoli. Ale dziś w nocy ignoruję ból, spiesząc się, by wrócić. Bo dziś w nocy ktoś na mnie czeka, ktoś, kto liczy na to, że się nim zaopiekuję, i nie mogę go zawieść!

Czytaj