

Autor: Aeliana Thorne
Osiemnaste urodziny Celeste Williamson miały być spełnieniem marzeń – dniem, w którym wreszcie spotka swojego przeznaczonego partnera. Zamiast tego, Bogini Księżyca okrutnie zadrwiła. Odurzający, nieodparty zapach jej partnera prowadzi prosto do jedynego mężczyzny, którego nigdy nie może mieć: jej własnego brata. Rozdarta między skandaliczną, pierwotną więzią a rozpadającą się na kawałki psychiką, Celeste staje przed bolesnym wyborem: odrzucić bezwzględnego Alfę, u boku którego dorastała, czy odkryć mroczne, pokręcone sekrety ich rodu. Ale ich zakazany romans to dopiero początek. Kiedy odradza się starożytna, śmiertelna przepowiednia, Celeste staje się ostateczną ofiarą. Ścigana przez niewidzialne siły i uwikłana w sieć kłamstw, musi odkryć, kim naprawdę jest, zanim jej przerażające przeznaczenie pochłonie ją żywcem.
— Dzięki za podwózkę — uśmiechnęłam się do Jacksona, gdy odprowadzał mnie do drzwi wejściowych; na szczęście moi rodzice zostawili włączone światło przed domem, a jego ciepły blask padał na nasz niewielki, kamienny chodnik i białe drzwi.
Jackson uśmiechnął się figlarnie, a przy swoim metrze osiemdziesięciu wzrostu wydawał się bardziej muskularny, niż gdy siedział w swoim tanim, gównianym samochodzie. Zrobił krok do przodu; jego ciepłe dłonie o ciemnej karnacji splotły się z moimi, mlecznobladymi.
— Dobrze się bawiłem dzisiejszego wieczoru, Celeste. — Moje serce zabiło szybciej, gdy przygryzłam wargę. Jackson spuścił swoje onyksowe spojrzenie na nasze splecione dłonie. Lekki, chłodny wiatr powiał delikatnie, unosząc ze sobą liście, a do mojego nosa dotarł zapach cynamonu; jakiś ptak zaśpiewał na pobliskim drzewie, po czym umilkł. — I chciałem wiedzieć, czy...
Drzwi wejściowe otworzyły się z rozmachem, a zapach cedru i deszczu delikatnie zatańczył w moich nozdrzach. Moje serce zamarło na moment z powodu tego nagłego ruchu, a Jackson natychmiast puścił moje dłonie, splatając swoje za plecami i podnosząc wzrok, gdy już odsunął się ode mnie na dobre pół metra.
— Och. — Jackson zaśmiał się nerwowo, a na jego ciemnym czole, pomimo październikowej pogody, zalśnił pot. — Emrys, to tylko ty.
Podnosząc wzrok, zobaczyłam, jak mój brat posyła Jacksonowi mordercze spojrzenie swoimi ciemnymi, burzowymi oczami. Miał zmarszczone ciemne brwi, a ja wypuściłam z siebie zrezygnowane westchnienie. Przysięgam, że mój brat uważał ochronę mnie za swoje życiowe powołanie czy inne tego typu bzdury — dzięki Bogu, to wkrótce miało się zmienić! Moje szesnaste urodziny wypadają w tę sobotę, inaczej mówiąc w Halloween, a kiedy kończy się szesnaście lat, rozpoczynają się poszukiwania przeznaczonego; wilkołaki mają jedną, jedyną osobę, którą Księżycowa Bogini wybiera dla nich osobiście — swoje przeznaczenie.
Modliłam się, by ktokolwiek to będzie, skopał tyłek Emrysowi za bycie takim dupkiem. Emrys to mój starszy brat i mimo że ma dziewiętnaście lat, wciąż nie znalazł swojej przeznaczonej.
Przewracając oczami, uśmiechnęłam się do Jacksona. — Dzięki za wspólną naukę, napisz do mnie.
Jackson napotkał moje stalowoniebieskie oczy i posłał mi promienny uśmiech. — Oczywiście, i nie zapomnij, że jutro trening lekkoatletyczny w szkole potrwa do późna. — Na moje policzki wypłynął rumieniec, czego Emrys nie przeoczył, a jego wyraz twarzy zmienił się ze złego na jeszcze gorszy. Mimo że Jackson był wysoki, Emrys miał co najmniej metr dziewięćdziesiąt; przy moim metrze pięćdziesięciu siedmiu czułam się mniejsza niż kiedykolwiek.
— Idź do domu, Jackson, i przestań spotykać się z moją siostrą — warknął Emrys, przeczesując jedną dłonią swoje kruczoczarne włosy, po czym skrzyżował ręce na piersi; jego oczy miały barwę ciemnego srebra. Emrys zdecydowanie należał do tych dobrze zbudowanych i umięśnionych facetów: szerokie ramiona, wyrzeźbiona twarz — pełen pakiet; był też kompletnym dupkiem. Czasami.
— Emrys — jęknęłam cicho, chcąc uniknąć dalszego zażenowania. Spojrzał na mnie w dół, łagodząc wzrok. — Proszę.
Emrys westchnął i zrobił krok do tyłu.
Odwracając się z powrotem do Jacksona, uśmiechnęłam się. — Dobranoc, Jackson.
— Dobranoc, Celeste. Do jutra.
Emrys zamknął za mną drzwi, gdy Jackson odszedł. W naszym salonie, urządzonym w ulubionych, ciepłych i neutralnych kolorach mojej mamy, pachniało świeżo upieczoną lasagną z delikatną nutą ciasteczek. Słyszałam już, jak mama nuci w kuchni do jakiejś piosenki z radia, kończąc przygotowywać kolację. Tata prawdopodobnie był w swoim gabinecie, co oznaczało, że ja i Emrys zostaliśmy sami w salonie.
— Dlaczego musisz odstraszać każdego chłopaka, którego przyprowadzam do domu? — Będąc w pełni szczerą, Jackson był jedynym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek „przyprowadziłam”, nie licząc jednego razu w trzeciej klasie, a nawet wtedy Emrys wpadł w furię. Mama musiała odciągać go od biednego dzieciaka, który z płaczem uciekł do domu; było to co najmniej zabawne wspomnienie, ale zarazem szalenie żenujące. — Nikt inny, kogo znam, nie ma tak nadopiekuńczego brata jak ty.
Odwracając się, ze wszystkich sił starałam się nie skulić pod jego spojrzeniem. — Ponieważ nikt nie troszczy się o innych tak jak ja. — Jak to możliwe, że ten chłopak nie jest Alfą? Bez słowa odwrócił się i ruszył po schodach na górę, mrucząc coś pod nosem przez całą drogę.
Po wejściu do kuchni mojej mamy zaśmiałam się, gdy ta obróciła się w piruecie i postawiła brytfannę z lasagną na blacie, żeby ostygła. Uśmiechnęła się na mój widok i lekko ściszyła radio. Byłyśmy niemal jak bliźniaczki, moja mama i ja; miałyśmy tę samą mlecznobladą cerę, piegi i jasnoblond włosy o odcieniu gwiezdnego blasku, choć moje stalowoniebieskie oczy odziedziczyłam po ojcu. Emrys, o dziwo, nie przypominał żadnego z naszych rodziców. Miał złocistą cerę, szare oczy, czarne włosy, a wzrostem górował nad nimi obojgiem.
— Cześć, kochanie — pocałowała mnie w czoło i zaczęła kroić lasagnę na porcje. Tego dnia miała na sobie czerwoną sukienkę z małymi, białymi księżycami wyhaftowanymi na rąbku spódnicy, a jej gwieździstoblond włosy, wcale nieprzypadkowo pasujące do moich, były upięte w skręcony kok. — Jak tam w szkole?
— W porządku — westchnęłam, siadając na stołku kuchennym. Położyłam plecak na siedzeniu obok i oparłam podbródek na dłoni.
Mama zmarszczyła brwi na widok mojego wyrazu twarzy. — Co cię tak gryzie, Cece?
— Sama nie wiem, mamo... Kojarzysz tego chłopaka, z którym się dzisiaj spotkałam?
— Jacoba?
— Nie, ma na imię Jackson. — Przeprosiła i skinęła ręką, bym kontynuowała. — W każdym razie, kiedy dzisiaj po mnie przyjechał, Emrys wpadł w szał.
Mama upuściła nóż, który z głośnym brzękiem uderzył o szklane naczynie. Mały kawałek mielonego mięsa poleciał w powietrze i wylądował na blacie obok mnie; jej twarz zbladła.
Zdezorientowana, ciągnęłam dalej. — Nie rozumiem, dlaczego jest taki wściekły... Poza tym mam już prawie szesnaście lat – chyba sama wiem, czy spotykanie się z kimś jest okej, czy nie.
— Kochanie — jej głos był łagodny, gdy wzięła się w garść i podeszła do mnie. — Emrys po prostu... się o ciebie martwi. Jesteś jego... — zdawała się wypowiadać te słowa z trudem — małą siostrzyczką.
— Wszystko w porządku?
— Tak, em, tak... — Jej zielone oczy przeniosły się na kawałek mięsa, który odleciał przy jej małym wypadku. — O, właśnie. — Znów na mnie spojrzała. — Jaki tort byś chciała na swoje przyjęcie urodzinowe?
— Mamo — jęknęłam, przewracając oczami. — Nie wyprawiam przyjęcia... Chcę po prostu pooglądać z tobą filmy. — Tak, moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką, tak, mam też innych znajomych, i nie, nie obchodzi mnie, że większość dzieciaków w moim wieku uznałaby to za dziwne.
— Dobrze, Celeste, skoro to twoje urodziny, chyba musimy zrobić to, na co masz ochotę. — Mama i ja uśmiechnęłyśmy się do siebie; obie dobrze wiedziałyśmy, że następna sobota będzie składać się z horrorów, słodyczy i pieprzenia głupot.