— Dzięki za podwózkę — uśmiechnęłam się do Jacksona, gdy odprowadzał mnie do drzwi wejściowych; na szczęście moi rodzice zostawili włączone światło przed domem, a jego ciepły blask padał na nasz niewielki, kamienny chodnik i białe drzwi.
Jackson uśmiechnął się figlarnie, a przy swoim metrze osiemdziesięciu wzrostu wydawał się bardziej muskularny, niż gdy siedział w swoim tanim, gównianym samochodzie. Zrobił krok do przodu; jego ciepłe dłonie o ciemnej karnacji splotły się z moimi, mlecznobladymi.
— Dobrze się bawiłem dzisiejszego wieczoru, Celeste. — Moje serce zabiło szybciej, gdy przygryzłam wargę. Jackson spuścił swoje onyksowe spojrzenie na nasze splecione dłonie. Lekki, chłodny wiatr powiał delikatnie, unosząc ze sobą liście, a do mojego nosa dotarł zapach cynamonu; jakiś ptak zaśpiewał na pobliskim drzewie, po czym umilkł. — I chciałem wiedzieć, czy...
Drzwi wejściowe otworzyły się z rozmachem, a zapach cedru i deszczu delikatnie zatańczył w moich nozdrzach. Moje serce zamarło na moment z powodu tego nagłego ruchu, a Jackson natychmiast puścił moje dłonie, splatając swoje za plecami i podnosząc wzrok, gdy już odsunął się ode mnie na dobre pół metra.
— Och. — Jackson zaśmiał się nerwowo, a na jego ciemnym czole, pomimo październikowej pogody, zalśnił pot. — Emrys, to tylko ty.
Podnosząc wzrok, zobaczyłam, jak mój brat posyła Jacksonowi mordercze spojrzenie swoimi ciemnymi, burzowymi oczami. Miał zmarszczone ciemne brwi, a ja wypuściłam z siebie zrezygnowane westchnienie. Przysięgam, że mój brat uważał ochronę mnie za swoje życiowe powołanie czy inne tego typu bzdury — dzięki Bogu, to wkrótce miało się zmienić! Moje szesnaste urodziny wypadają w tę sobotę, inaczej mówiąc w Halloween, a kiedy kończy się szesnaście lat, rozpoczynają się poszukiwania przeznaczonego; wilkołaki mają jedną, jedyną osobę, którą Księżycowa Bogini wybiera dla nich osobiście — swoje przeznaczenie.
Modliłam się, by ktokolwiek to będzie, skopał tyłek Emrysowi za bycie takim dupkiem. Emrys to mój starszy brat i mimo że ma dziewiętnaście lat, wciąż nie znalazł swojej przeznaczonej.
Przewracając oczami, uśmiechnęłam się do Jacksona. — Dzięki za wspólną naukę, napisz do mnie.
Jackson napotkał moje stalowoniebieskie oczy i posłał mi promienny uśmiech. — Oczywiście, i nie zapomnij, że jutro trening lekkoatletyczny w szkole potrwa do późna. — Na moje policzki wypłynął rumieniec, czego Emrys nie przeoczył, a jego wyraz twarzy zmienił się ze złego na jeszcze gorszy. Mimo że Jackson był wysoki, Emrys miał co najmniej metr dziewięćdziesiąt; przy moim metrze pięćdziesięciu siedmiu czułam się mniejsza niż kiedykolwiek.
— Idź do domu, Jackson, i przestań spotykać się z moją siostrą — warknął Emrys, przeczesując jedną dłonią swoje kruczoczarne włosy, po czym skrzyżował ręce na piersi; jego oczy miały barwę ciemnego srebra. Emrys zdecydowanie należał do tych dobrze zbudowanych i umięśnionych facetów: szerokie ramiona, wyrzeźbiona twarz — pełen pakiet; był też kompletnym dupkiem. Czasami.
— Emrys — jęknęłam cicho, chcąc uniknąć dalszego zażenowania. Spojrzał na mnie w dół, łagodząc wzrok. — Proszę.
Emrys westchnął i zrobił krok do tyłu.
Odwracając się z powrotem do Jacksona, uśmiechnęłam się. — Dobranoc, Jackson.
— Dobranoc, Celeste. Do jutra.
Emrys zamknął za mną drzwi, gdy Jackson odszedł. W naszym salonie, urządzonym w ulubionych, ciepłych i neutralnych kolorach mojej mamy, pachniało świeżo upieczoną lasagną z delikatną nutą ciasteczek. Słyszałam już, jak mama nuci w kuchni do jakiejś piosenki z radia, kończąc przygotowywać kolację. Tata prawdopodobnie był w swoim gabinecie, co oznaczało, że ja i Emrys zostaliśmy sami w salonie.
— Dlaczego musisz odstraszać każdego chłopaka, którego przyprowadzam do domu? — Będąc w pełni szczerą, Jackson był jedynym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek „przyprowadziłam”, nie licząc jednego razu w trzeciej klasie, a nawet wtedy Emrys wpadł w furię. Mama musiała odciągać go od biednego dzieciaka, który z płaczem uciekł do domu; było to co najmniej zabawne wspomnienie, ale zarazem szalenie żenujące. — Nikt inny, kogo znam, nie ma tak nadopiekuńczego brata jak ty.
Odwracając się, ze wszystkich sił starałam się nie skulić pod jego spojrzeniem. — Ponieważ nikt nie troszczy się o innych tak jak ja. — Jak to możliwe, że ten chłopak nie jest Alfą? Bez słowa odwrócił się i ruszył po schodach na górę, mrucząc coś pod nosem przez całą drogę.
Po wejściu do kuchni mojej mamy zaśmiałam się, gdy ta obróciła się w piruecie i postawiła brytfannę z lasagną na blacie, żeby ostygła. Uśmiechnęła się na mój widok i lekko ściszyła radio. Byłyśmy niemal jak bliźniaczki, moja mama i ja; miałyśmy tę samą mlecznobladą cerę, piegi i jasnoblond włosy o odcieniu gwiezdnego blasku, choć moje stalowoniebieskie oczy odziedziczyłam po ojcu. Emrys, o dziwo, nie przypominał żadnego z naszych rodziców. Miał złocistą cerę, szare oczy, czarne włosy, a wzrostem górował nad nimi obojgiem.
— Cześć, kochanie — pocałowała mnie w czoło i zaczęła kroić lasagnę na porcje. Tego dnia miała na sobie czerwoną sukienkę z małymi, białymi księżycami wyhaftowanymi na rąbku spódnicy, a jej gwieździstoblond włosy, wcale nieprzypadkowo pasujące do moich, były upięte w skręcony kok. — Jak tam w szkole?
— W porządku — westchnęłam, siadając na stołku kuchennym. Położyłam plecak na siedzeniu obok i oparłam podbródek na dłoni.
Mama zmarszczyła brwi na widok mojego wyrazu twarzy. — Co cię tak gryzie, Cece?
— Sama nie wiem, mamo... Kojarzysz tego chłopaka, z którym się dzisiaj spotkałam?
— Jacoba?
— Nie, ma na imię Jackson. — Przeprosiła i skinęła ręką, bym kontynuowała. — W każdym razie, kiedy dzisiaj po mnie przyjechał, Emrys wpadł w szał.
Mama upuściła nóż, który z głośnym brzękiem uderzył o szklane naczynie. Mały kawałek mielonego mięsa poleciał w powietrze i wylądował na blacie obok mnie; jej twarz zbladła.
Zdezorientowana, ciągnęłam dalej. — Nie rozumiem, dlaczego jest taki wściekły... Poza tym mam już prawie szesnaście lat – chyba sama wiem, czy spotykanie się z kimś jest okej, czy nie.
— Kochanie — jej głos był łagodny, gdy wzięła się w garść i podeszła do mnie. — Emrys po prostu... się o ciebie martwi. Jesteś jego... — zdawała się wypowiadać te słowa z trudem — małą siostrzyczką.
— Wszystko w porządku?
— Tak, em, tak... — Jej zielone oczy przeniosły się na kawałek mięsa, który odleciał przy jej małym wypadku. — O, właśnie. — Znów na mnie spojrzała. — Jaki tort byś chciała na swoje przyjęcie urodzinowe?
— Mamo — jęknęłam, przewracając oczami. — Nie wyprawiam przyjęcia... Chcę po prostu pooglądać z tobą filmy. — Tak, moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką, tak, mam też innych znajomych, i nie, nie obchodzi mnie, że większość dzieciaków w moim wieku uznałaby to za dziwne.
— Dobrze, Celeste, skoro to twoje urodziny, chyba musimy zrobić to, na co masz ochotę. — Mama i ja uśmiechnęłyśmy się do siebie; obie dobrze wiedziałyśmy, że następna sobota będzie składać się z horrorów, słodyczy i pieprzenia głupot.






