Moje urodziny przebiegły bez większych atrakcji — dokładnie tak, jak lubiłam. Tata był zajęty pracą dla Alfy, mama niespodziewanie wzięła dyżur w szpitalu, a Ostana utknęła z Alfą, pochłonięta oficjalnymi sprawami stada, bo jej myśli krążyły teraz tylko wokół jej przeznaczonego, Lakera Foreseena. Emrysa z kolei nie było w domu od późnych godzin wczorajszego wieczoru. Jakaś część mnie, o dziwo, pragnęła, by tu był.
Ostana i Laker zniknęli razem, aż do dziś, gdy zjawiła się u mnie w domu na godzinę przed spotkaniem ze swoim ojcem i naszym Alfą, żeby wziąć prysznic i się przebrać — zawsze miała tu ubrania na zmianę. Jej wygląd mówił więcej niż ten potok słów; plusem było to, że kupiła mi kawałek tiramisu i drobny prezent.
Napisy końcowe „The Office” leciały na moim laptopie, gdy siedziałam w łóżku. Przede mną leżały notatki z poezji, podczas gdy wiatr mocno uderzał o ściany domu. Kliknęłam „odtwarzaj”, chcąc, by powitał mnie kolejny odcinek „The Office”, i właśnie w tym momencie usłyszałam, jak coś spada na dole i się tłucze.
Czy chciałam wziąć udział w stereotypowym scenariuszu horroru? Nie, dziękuję.
Z szeroko otwartymi oczami zerknęłam na zamknięte drzwi sypialni. — Za cholerę — mruknęłam, naciągając liliową pościel pod samą brodę, zrzucając poezję na podłogę i przysuwając bliżej niezastąpionego Michaela Scotta. — Nie umieram dzisiaj, Szatanie.
Dreszcze przebiegły po moim ciele, gdy do mojego nosa dotarł znajomy, lecz subtelny zapach, włoski na karku zjeżyły się, a gdy rozległ się kolejny trzask, podskoczyłam. Moje serce przyspieszyło, bijąc w rytm płytkich oddechów.
Okej, pomyślałam sobie, nie chcę umierać, ale też nie chcę, by dorwał mnie ktokolwiek, kto jest na dole...
Rozglądając się po pokoju, dostrzegłam okno. — Dziękuję Ci, Bogini na niebiosach, dziękuję — wymamrotałam, zrywając się z łóżka. Ubrana w szorty i gruby sweter, z zaplecionymi jasnoblond włosami przerzuconymi przez ramię, moimi palcami odblokowałam okno i przesunęłam szybę do góry na tyle, by moje ciało mogło się z łatwością wyślizgnąć. Kora gałęzi była mokra i szorstka, a nad naszym miasteczkiem osiadała gęsta mgła.
Mój oddech zamieniał się w małe, białe obłoczki.
Objęłam gałąź obiema rękami i nogami. Moje serce galopowało, a dłonie pokrył zimny pot. Patrząc w dół na mój pusty ogród, błagałam Księżycową Boginię, abym w magiczny sposób zamieniła się w oposa i wspięła w bezpieczne miejsce.
Gdybym nie bała się w tej chwili o własne życie, prawdopodobnie wybuchnęłabym śmiechem z tego, że wyglądałam jak jakaś małpa-czepiak.
Dasz radę, Celeste, po prostu oddychaj. Wdech i wydech, wdech i wydech, wde... co do cholery jest na mojej nodze? Wzięłam głęboki oddech, gdy poczułam, jak malutkie nóżki przemykają po mojej skórze. Nie panikuj, nie pani...
O wiele za późno.
Krzyk uciekł z moich ust, gdy strąciłam z nogi to małe stworzenie, w wyniku czego spadłam i wylądowałam z głuchym stęknięciem na mokrej, ciemnej trawie pode mną. Mój tyłek już nabierał siniaków, a w głowie zaczynał tętnić ból. Głupi robal.
— Celeste? — Ten znajomy głos brzmiał niczym aksamit, a jego ciepło pocałowało moje palce u stóp. Przetarłam twarz, by odgonić z siebie ból i dziwne uczucie rozlewające się po moim ciele.
— Tu jestem.
Światło w ogrodzie zamigotało, po czym rzuciło swoją ciepłą falę, oświetlając wilgotną trawę i mnie, gdy powoli siadałam. Wraz z dźwiękiem rozsuwanych drzwi rozległy się kroki. Zamknęłam oczy, marząc, by ten okropny ból głowy zniknął; ciepłe dłonie dotknęły moich ramion, a iskry czystej przyjemności eksplodowały w całym moim ciele.
— Nic ci nie jest? Gdzie cię boli? Czy ty...
Sapiąc gwałtownie, odwróciłam się i napotkałam jego srebrzyste tęczówki.
— Mój przeznaczony. — To słowo wymknęło się z moich ust szybciej niż błyskawica. Błyskawica ekscytacji sprawiła, że moje serce zabiło mocniej; nagle ujrzałam go w zupełnie innym świetle, a ten zapach zaćmił moje zmysły.
Między mną a Emrysem minęły chwile milczenia. Jego kruczoczarne włosy wtapiały się w tło nocy, a w tych jego teraz srebrzystych oczach zapłonęło coś nieokreślonego, gdy badał moją twarz; przez nasze oblicza przemknęło zbyt wiele emocji.
Aż w końcu zdrowy rozsądek uderzył mnie jak tona cegieł.
Wyrwałam się z jego uścisku, z dala od tych już uzależniających iskier, siłą odpychając jego zapach ze swoich myśli, i zobaczyłam przebłysk poczucia winy oraz odrzucenia malujący się na jego twarzy. Przygryzłam wargę, próbując powstrzymać cichy skowyt na ten widok; tak bardzo chciałam zatrzymać cokolwiek sprawiało mu ból, że moje serce pękło.
— Z-zaczekaj — przerwałam ciszę, podnosząc się z drżącymi dłońmi. — To... To nie tak. — Pokręciłam głową; ból po upadku całkowicie w tym momencie wyparował.
— Właśnie, że tak, Celeste — odparł Emrys z absolutną pewnością. Z determinacją w oczach zrobił dumny krok do przodu.
Jego charakterystyczna skórzana kurtka skrywała biały t-shirt, ale nieszczególnie pomagała zamaskować muskulaturę, idealnie wypełniającą rękawy.
— Nie jestem dla ciebie wystarczająco dobry? — Jego ciemne brwi ściągnęły się gniewnie; wyrzeźbiona twarz krzyczała bólem i odrzuceniem, a w kącikach jego hipnotyzujących oczu wezbrały łzy.
— Nie — wykrzyknęłam, nienawidząc tego, jak okrutnie pokonany wydawał się w tej chwili Emrys. Zamykając oczy i przez moment pocierając czoło, westchnęłam i znów na niego spojrzałam. — Chodzi o to... po prostu jesteś moim... — Mój głos przeszedł w szept. — Bratem.
— Tylko w teorii. — Głos Emrysa był tak cichy, że sama dziwiłam się, że go usłyszałam.
Zatopiona w myślach, zadrżałam od silnego powiewu wiatru.
— Masz. — Emrys zrobił krok do przodu, ściągając z siebie skórzaną kurtkę. Zanim jednak zdążył do mnie dotrzeć, wycofałam się i pokręciłam głową; na jego pięknych rysach twarzy po raz kolejny zagościł wyraz całkowitej klęski.
— Proszę — wyszeptał ze złamanym głosem. — Pozwól mi się o ciebie zatroszczyć, Lessie.
To było wszystko, czego mi było trzeba, by po mojej twarzy popłynęły łzy, a moje nogi pędem ruszyły z powrotem do sypialni.






