languageJęzyk

2. Nic

Autor: Aeliana Thorne5 kwi 2026

— Jackson — zaśmiałam się, gdy jego dotyk powędrował niżej, a palce zaczęły bawić się paskiem moich dżinsów. — Myślę, że pan Tomes zaraz zacznie się zastanawiać, dlaczego jeszcze nie ma mnie na lekcji.

— Nie obchodzi mnie teraz żaden nauczyciel, Celeste. — Jego oddech, gorący na moim uchu, przyprawił moje ramiona o gęsią skórkę, a schowek woźnego wypełniał smród zwietrzałego, cytrynowego środka czyszczącego. Jackson trzymał mnie blisko siebie, całując po szyi, a ja nagle poczułam się bardzo nieswojo w sytuacji, w której się znalazłam; to było jak powiewająca w mojej głowie czerwona flaga.

— Jackson, zaczekaj — odezwałam się cicho, otwierając oczy. Kiedy całował moją szyję, skupiłam wzrok gdzie indziej, dostrzegając na jednej z półek stosy papieru toaletowego i chusteczek Clorox, miotłę i mopa wiszące z boku oraz małe żółte wiaderko z wielkim, wytłuszczonym napisem „WOSK DO PODŁÓG” na przodzie. — Jackson. — Mój głos zabrzmiał niemal płaczliwie.

— Co. — Pocałunek. — Skarbie. — Pocałunek.

— Możemy... Możemy przestać? — Jego uścisk w mojej talii wydawał się zacieśniać.

— Dlaczego? — Bez tchu przerwał pocałunki i wyprostował się do pełnej wysokości, a jego onyksowe oczy spojrzały na mnie z niezrozumieniem. Moje policzki oblał rumieniec, a dłonie pokryły się potem.

— Nie chcę tego... robić. Jeszcze nie — albo wcale, biorąc pod uwagę, że gdzieś na świecie miałam swojego przeznaczonego. Jackson zdjął dłonie z mojej talii i splótł je z moimi; jego woda kolońska pachniała tanio i w niczym nie pomagała na mój rosnący ból głowy.

— Skarbie, zaufaj mi, po tym poczujesz się dobrze. Obiecuję. — Jackson oblizał usta, po czym znów rzucił się na moją szyję, przenosząc dłonie na moją talię, a jedną z nich zaczął rozpinać moje dżinsy.

— J-Jackson, proszę. — Łzy zaczęły zbierać się w moich niebieskich oczach, gdy wsunął dłoń między moje dżinsy a bieliznę, pozwalając jej spocząć na moim biodrze. Sfrustrowany, Jackson ścisnął mnie mocno i głośno wypuścił powietrze.

— O co ci kurwa chodzi, Celeste — warknął. Drżenie moich dłoni było trudne do opanowania, bo słyszałam historie o jego wybuchach gniewu, o tym, jak w zeszłym roku tak mocno sprał jakąś dziewczynę o imieniu Stacy, że opuściła stado, zanim ktokolwiek się o tym dowiedział. — Spotykamy się już od całych trzech tygodni, o co ci chodzi?

Te onyksowe oczy stały się ostre, gdy na mnie spojrzał. W odpowiedzi wydukałam: — A-a co z twoją przeznaczoną? Moim przeznaczonym? Jesteśmy...

— Pierdol się — syknął Jackson, robiąc krok w tył. Chwycił swój plecak i wyszedł ze schowka; zostałam tylko ja i przygaszona, brzęcząca żarówka. Osuwając się na brudną podłogę, zasłoniłam usta dłonią, by stłumić część szlochów, a łzy płynęły z moich oczu tak szybko, jakby brały udział w wyścigu; w chłodnym schowku zapragnęłam mieć na sobie bluzę z kapturem.

Niespełna minutę później zadzwonił mój telefon.

Wyciągając go z fioletowego plecaka, który leżał zaledwie metr ode mnie, rozluźniłam się, widząc nazwę na ekranie; odebrałam, ale nie zdążyłam wypowiedzieć nawet jednego słowa, zanim się odezwał.

— Co się stało? Wszystko w porządku? — Jedna z nielicznych zalet mojego brata: wiedział, kiedy czułam się jak gówno; nasze emocje zawsze wydawały się splecione. Wiedziałam, kiedy był smutny, wściekły, szczęśliwy, samotny i tak dalej, i vice versa; mama zwykła mi mówić, że to braterska więź, ale nikt z moich znajomych nie miał czegoś takiego poza nami.

Czkawka uciekła z moich ust, gdy próbowałam odpowiedzieć. — J-ja, em...

— Jadę po ciebie, jesteś jeszcze w szkole? — Słyszałam, jak wstaje z miejsca, w którym siedział, oraz brzęk jego kluczy, więc skinęłam głową, a po chwili zorientowałam się z głupotą, że przecież mnie nie widzi, i odparłam:

— Tak.

Dziesięć minut później, po tym jak wypisałam się w sekretariacie, a Emrys na całe szczęście zadzwonił, mówiąc, że musi mnie odebrać z powodu jakiegoś gównianego problemu rodzinnego, zeszłam po schodach przed szkołą i zobaczyłam podjeżdżającego czarnego mustanga. Albo, jak to ujął Emrys: „Czarnego mustanga fastback z 1967 roku, bla, bla, bla”.

Ale musiałam przyznać, że był całkiem zajebisty.

Jego silnik mruczał, gdy wsiadałam; cicho leciała jakaś stacja z klasycznym rockiem, a jego zapach cedru i deszczu sprawił, że rozluźniłam się, opierając się na czarnych skórzanych siedzeniach; wiedząc, że nie mam ochoty na rozmowę, Emrys ruszył w stronę domu.

Gniew i zmartwienie biły od niego falami. Tego dnia niebo było spowite szarymi chmurami, w oddali latały czarne ptaki, a drogi małego miasteczka świeciły pustkami. Nasze miasto składało się wyłącznie z wilkołaków, a nasze stado nosiło nazwę „Stado Księżycowej Skały” tylko dlatego, że w tutejszym małym muzeum znajdował się mały kamyczek z księżyca, który rzekomo był przekazywany z Alfy na Alfę.

Gdy wjechał na podjazd i zaparkował, zamierzałam wysiąść, ale Emrys chwycił mój nadgarstek, powstrzymując mnie przed opuszczeniem samochodu. Jego westchnienie zbiegło się z moim, a moje oczy skupiły się na dłoni, którą mnie trzymał; na serdecznym palcu prawej dłoni nosił swój zwyczajowy srebrny pierścień.

— Celeste. — Głos Emrysa lekko się załamał. — Błagam, powiedz mi, co się stało.

Wyrwałam nadgarstek z jego uścisku, spojrzałam na niego i starałam się, by jego zraniony wyraz twarzy nie złamał mi serca.

— Po co? Żebyś mógł się ze mnie śmiać? — Wychodząc z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi i pospiesznie idąc do domu, słyszałam brata tuż za sobą. Kiedy moja stopa dotknęła pierwszego stopnia schodów, Emrys pociągnął mnie do tyłu. Wpadając na jego klatkę piersiową, jęknęłam i odepchnęłam go od siebie.

Pojawiły się łzy, gdy w myślach wciąż wracałam do Jacksona, do tego, jak blisko byłam straty dziewictwa albo dostania w twarz, do jego ostrych, onyksowych oczu... Emrys pociągnął mnie do uścisku, oplatając mnie ramionami i zapachem deszczu, gdy usiedliśmy na schodach; bezgłośnie mnie uciszał.

— Celeste — szepnął po kilku chwilach mojego cichego płaczu. Moje łzy plamiły jego szary sweter, a on otarł kilka z nich kciukiem. Ciepło ogarnęło moje ciało, gdy pociągnęłam nosem i spojrzałam w górę. Napotkałam jego ciemnoszare oczy, w których błysnęła jakaś nieznana emocja. — Proszę, powiesz mi, co się stało?

Zaciskając dłonie na jego bluzie i szukając pocieszenia w jego cieple, wzięłam głęboki oddech. — N-nic... Nic się nie stało.

— Lessie — szepnął, używając mojego dziecięcego przezwiska. — Płakałaś przez całą drogę do domu, twój warkocz jest zwichrowany, a siniak... Czy to malinka? — Jego głos przybrał na sile przy tym oskarżeniu. Dlaczego bardziej martwiłam się jego złością niż złością Jacksona?

Trwaliśmy w ciszy, podczas gdy on mnie obejmował. Moje dłonie wciąż zaciskały się na jego bluzie, a czas mijał nam jedynie w rytm oddechów.

— Zabiję Jacksona. — Głęboki warkot zalał jego klatkę piersiową i odbił się echem w moich dłoniach.

— Proszę, Rhys. Proszę, nie rób tego — błagałam, używając jego przezwiska, którego mogłam używać tylko ja, po czym spojrzałam w górę. Emrys w zamyśleniu przygryzł wargę.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: 2. Nic - Zakazany partner: Przez brata Alfa. | StoriesNook