

Autor: Aeliana Thorne
"Pozwól mi być twoją prawdziwą żoną przez jeden miesiąc, Daven." To była prosta prośba – brzmiąca jak ostatnie błaganie kobiety ze złamanym sercem. Ale dla Althei Grayson była to jej duma. Cena, jakiej zażądała za miłość, którą dała, a której nigdy nie otrzymała w zamian. Od początku wiedziała: ich małżeństwo nigdy nie opierało się na miłości. Daven Callister poślubił ją z obowiązku, pod presją swojej babci. Nie było czułych uścisków, kochających spojrzeń – tylko zimna cisza i pusty dom, który nigdy nie wydawał się domem. Mimo to Althea trwała. Starała się być dobrą żoną, kurczowo trzymając się nadziei, że pewnego dnia serce Davena zmięknie. Ale jej nadzieja została zniszczona przez zdradę – Daven chciał poślubić kogoś innego. Kobietę, którą naprawdę kochał. Za zgodą Althei lub bez niej. A cała jego rodzina popierała tę decyzję. Ze złamanym sercem i rozczarowana, Althea wystosowała jedną ostatnią prośbę: jeden miesiąc bycia kochaną jak prawdziwa żona. Jeden miesiąc… zanim odejdzie na zawsze. Daven uważał to za desperacki ruch – żałosny, wręcz. Ale ten jeden miesiąc wszystko zmienił. Sposób, w jaki Althea się uśmiechała, sposób, w jaki kochała tak bezgranicznie. Nawet sposób, w jaki odeszła – pozostawiła coś, co utkwiło w sercu Davena. A teraz Daven był zagubiony. Kiedy miłość, której nigdy nie rozpoznał, w końcu się ujawniła… czy nie było już za późno? A może powinien walczyć ze wszystkim – tylko o jeszcze jedną szansę?
– Znowu się żenię – powiedział Daven. – I nie będę się powtarzać, nie zamierzam też prosić cię o zgodę.
Gwałtownie odstawił filiżankę z kawą, kończąc śniadanie, którego nawet nie tknął.
Althea zamarła przy długim stole jadalnianym z blatem z białego marmuru. Jej palce, wciąż zaciskające się na łopatce kuchennej, zaczęły drżeć. Utrzymała jednak opanowany wyraz twarzy. Lekko skinęła głową, pozwalając słowom Davena dotrzeć do jej świadomości – choć przypominały wolno działającą truciznę, po cichu niszczącą ją od środka.
– Z Vanessą? – Jej głos był ledwie szeptem.
Daven na nią nie spojrzał. Wziął tylko płytki oddech, po czym odparł chłodno: – Tak. Z kim innym?
Jej mąż, Daven Callister, nigdy jej nie kochał. Jego serce należało całkowicie do Vanessy Blake. W gruncie rzeczy ich małżeństwo od zawsze stanowiło jedynie przeszkodę na drodze do jego miłości. Ale co mogła zrobić Althea, skoro kobieta, która zaaranżowała to małżeństwo, była dla niej tak dobra?
Evelyn Callister – babka Davena.
Althea również nie pragnęła tego małżeństwa. Chciała jedynie godnego pogrzebu dla swojej matki. Wszystko, co nastąpiło później, zaakceptowała jako zrządzenie losu. Poddawała się temu, mimo żalu po stracie matki, który wciąż ją prześladował. Evelyn jednak nie zamierzała na tym poprzestać. Zażądała, by jej ukochany wnuk, Daven – mężczyzna odpowiedzialny za śmierć matki Althei – poślubił ją w ramach zadośćuczynienia. Eve widziała w Althei samotną dziewczynę, która nie miała na świecie nikogo.
Daven zgodził się tylko dlatego, że życzenia babki przyparły go do muru. Nie miał wyboru, musiał się podporządkować. Jednak teraz, gdy Evelyn Callister odeszła – zabrana przez chorobę dwa tygodnie temu – Daven w końcu dostrzegł szansę na ucieczkę z małżeństwa, którego nigdy nie chciał.
Nie było już powodu, by w nim tkwić. Już nie.
Nikły, niemal niewidoczny uśmiech pojawił się na ustach Althei – nie z radości, lecz z gorzkiej rezygnacji. Wyłączyła kuchenkę i delikatnie odłożyła łopatkę. Raz jeszcze mocno zacisnęła powieki, próbując powstrzymać burzę szalejącą w jej piersi.
– Nie będę ci stać na drodze – powiedziała wreszcie. Jej głos był cichy – tak cichy, że ledwo niósł się przez rozległe pomieszczenie. – Oboje wiemy, że nigdy nie było dla mnie miejsca w twoim sercu.
Daven milczał. Nie zaprzeczył. Nie poprawił jej również. W jego spojrzeniu pojawił się jednak najdrobniejszy błysk zaniepokojenia, gdy Althea powoli ruszyła w jego stronę. Przez chwilę myślał, że może zacznie płakać, błagać albo okaże żal na tyle duży, by wzbudzić w nim poczucie winy.
Ale tak się nie stało.
Althea stała wyprostowana. Jej dłonie zaciskały się lekko po bokach prostej sukienki. Długie, czarne włosy spływały swobodnie po jej plecach, stanowiąc cichy kontrast dla spokojnej siły jej postawy. Jej ciepłe, jasnobrązowe oczy wpatrywały się teraz w niego – puste, nieprzeniknione. Wpatrywały się w mężczyznę, który pod tym samym dachem od zawsze pozostawał obcym człowiekiem.
Althea była na swój cichy sposób piękna. Lecz to piękno nigdy nie poruszyło w Davenie absolutnie niczego. Dla niego Althea stanowiła jedynie zakłócenie – intruza, którego wepchnięto mu do życia na siłę. A teraz, gdy miał okazję się jej pozbyć, Daven zamierzał zrobić dokładnie to.
– Daj mi jeden miesiąc swojego czasu – powiedziała spokojnie Althea. – Tylko jeden miesiąc... Pozwól mi być twoją prawdziwą żoną.
Daven zmrużył oczy. – Co masz na myśli?
– Odejdę, tak jak tego pragniesz. Po tym, jak złożysz przysięgę małżeńską kobiecie, którą kochasz. – Słowa piekły, gdy opuszczały usta Althei, a każda sylaba wycinała głęboki ból w jej klatce piersiowej. – Możesz wziąć ze mną rozwód, a ja obiecuję... zniknę z twojego życia na zawsze. Ale zanim to nastąpi, pozwól mi poznać uczucie bycia żoną. Nie tylko obcą osobą mieszkającą pod twoim dachem.
Zapadła cisza.
Wtedy z ust Davena wyrwał się lekceważący śmiech. Otarł nawet kącik oka, rozbawiony tym, jak absurdalnie brzmiała jej prośba. O czym ona, do cholery, myślała?
Jeden miesiąc? Ten pomysł był śmieszny.
Daven zrobił krok w jej stronę, zmniejszając dystans. Jego oczy badały jej twarz, jakby próbował rozszyfrować ukryty motyw. Może jego matka od początku miała rację – może Althei chodziło tylko o bogactwo związane z jego nazwiskiem.
Kto nie znał Davena Callistera? Dyrektora generalnego Callister Enterprise, jednego z najbardziej wpływowych młodych biznesmenów w Migathan City. Ludzie rywalizowali ze sobą tylko po to, by się do niego zbliżyć, zwłaszcza kobiety łaknące jego uwagi. Jednak Daven kochał tylko jedną kobietę – i nie była nią jego żona.
Był to ktoś zupełnie inny – Vanessa Blake, wschodząca supermodelka, której nazwisko błyszczało w świecie mody.
– Mówisz poważnie? – zapytał, a jego chłodny głos podszyty był niedowierzaniem. – To nie jest jakaś tania opera mydlana, Altheo.
Skinęła lekko głową. – Nie proszę o twoją miłość. Kimże jestem, by prosić o coś takiego? – powiedziała z gorzkim śmiechem. – Proszę tylko, żebyś traktował mnie odpowiednio – jak swoją żonę. Zjedz ze mną kolację. Zamień ze mną każdego dnia kilka słów. Okaż mi odrobinę czułości, nawet jeśli miałaby być udawana.
Przełknęła z trudem ślinę, a jej dłonie zacisnęły się w pięści, by zachować równowagę. – Potem cicho odejdę. Będziesz mógł poślubić, kogo tylko zechcesz.
Daven zmrużył oczy, niepewny, czy śmiać się głośniej, czy czuć irytację. Jednak pod warstwą niedowierzania, coś w jej słowach poruszyło czułą strunę. Zwyczajna prośba – tak boleśnie prosta, że wzbudziła jego ciekawość.
Jaki jest prawdziwy cel Althei?
– Dlaczego nie poprosisz o coś bardziej rozsądnego?
Althea zamilkła. Odwrócenie wzroku od Davena było trudne, gdy te ciemne jak północ oczy tkwiły w niej, nakazując, by nie przerywała kontaktu wzrokowego – dopóki nie usłyszy wszystkiego, co miała do powiedzenia.
– Jeśli pragniesz pieniędzy, po prostu to powiedz. Dam ci je.
– Nie – powiedziała stanowczo i bez wahania. Jej postanowienie zostało już przypieczętowane. Nie było już odwrotu.
– Naprawdę nie wiesz, jak się poddać, co? – zakpił Daven.
– Już to zrobiłam, Davenie – odparła cicho Althea. – Pragnę tylko jednego wspomnienia, które zachowam do końca życia. Zanim odejdę od ciebie na zawsze.
Żadne z nich się już nie odezwało.
Tym razem spojrzenie Davena nie było już tak ostre. Patrzył na stojącą przed nim kobietę z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Czy było to zagubienie? Irytacja? A może... ciekawość?
– Nie obiecuję, że będę miły – powiedział w końcu.
– Nigdy nie oczekiwałam, że się zmienisz – odpowiedziała Althea, a jej spokój był bardziej druzgocący, niż mogłyby być jakiekolwiek łzy.
I tym sposobem zawarto niewypowiedziane porozumienie.
Jeden miesiąc. Trzydzieści dni, podczas których Althea miała żyć jako żona Davena Callistera. Rzeczywistość, która powinna była istnieć już przed rokiem – od dnia ich ślubu. Ale dla Davena od zawsze była tylko intruzem.
Teraz, zanim wszystko dobiegnie końca, Althea mogła być przynajmniej wdzięczna – Daven nie odrzucił jej prośby.
– Tylko miesiąc, Altheo – ostrzegł Daven. – Po tym czasie znikniesz mi z oczu.
– Doskonale rozumiem, o co proszę, Davenie. Nie musisz się martwić.
Prychnął, a kącik jego ust wykrzywił się w pogardzie. – A jeśli będziesz oczekiwać więcej, niż jestem skłonny ci dać, nie zawaham się cię wyrzucić.
Althea posłusznie skinęła głową.
– Nie waż się złamać obietnicy, Altheo. – Jego spojrzenie znów stało się ostre, przenikliwe. – Jeśli to zrobisz, nie miej do mnie pretensji, że zniszczę ci życie.