Resztę lotu spędziliśmy w ciszy. Ponieważ wyczuwałam już jego nastroje, czułam, jak napięcie w jego ciele rosło z każdą milą, która przybliżała nas do Kentucky. Kiedy zaczęliśmy schodzić, był tak spięty, że myślałam, że pęknie.
Na lotnisku czekała na nas limuzyna. Ubrany w mundur szofer z twarzą jak płyta granitu zabrał nasze torby. Zbliżał się zachód słońca, niebo miało spektakularny pomarańczowo






