

Autor: Lyra Silvertongue
"Twoje życie jest moje, twoje ciało jest moje, a nawet jedna kropla twojej krwi może zostać przelana tylko za moją zgodą." Ofelia była jedynie bezimienną niewolnicą, skazaną na śmierć w parnych, toksycznych głębinach Piekielnych Kopalni pod olśniewającym Czerwonym Zamkiem Imperium Valyriańskiego. Jej jedyna zasada była prosta: przetrwać. Ale kiedy zostaje wrzucona w otchłań jako ofiara dla legendarnego, krwiożerczego czarnego smoka, spodziewa się brutalnego, ognistego końca. Zamiast tego, przerażająca bestia kłania się jej – a jej pan ją rości. Książę Artur jest Rycerzem Wojny. Bezwzględny, zimny i budzący strach u wszystkich, jest tyranem, który toruje sobie drogę trupami swoich wrogów. Nie zna litości i z pewnością nie zna miłości. Jednak od momentu, gdy jego otchłanne oczy spotykają się z buntowniczym, zielonym spojrzeniem Ofelii, zakorzenia się nieustępliwa, niebezpieczna obsesja. Wyciąga ją z popiołów, wynosząc podłą niewolnicę na swoją wyłączną konkubinę i obiecuje dosłowne piekło każdemu, kto ośmieli się dotknąć choćby jednego włosa na jej głowie. Ale lśniący Czerwony Zamek jest o wiele bardziej zdradliwy niż kopalnie. Otoczona zazdrosnymi konkubinami, knującym rodzeństwem królewskim i zabójczymi zabójcami, Ofelia musi lawirować po dworze, który pragnie jej śmierci. To, czego aroganccy królewscy nie wiedzą, to fakt, że Ofelia nie jest zwykłą niewolnicą. Jest ostatnią córką zmasakrowanego Plemienia Deszczu, posiadającą starożytne sztuki uzdrawiania i mistyczne, legendarne połączenie z zapomnianym Bogiem Wody. Gdy Ofelia powoli roztapia lodowate serce księcia i rodzi jego spadkobiercę – dziecko, które rozpali krwawą wojnę o tron – Artur nie cofnie się przed niczym, aby chronić to, co jest jego. Nawet jeśli oznacza to spalenie całego imperium na popiół. Miała być ofiarą uboczną. Urodził się, by zabijać. Razem rzucą świat na kolana.
Powietrze było gęste od smrodu siarki i zwęglonego ciała. Ofelia mocno przycisnęła popękane wargi do szorstkiego płótna swojego kołnierza, desperacko starając się odfiltrować piekący żar, który towarzyszył każdemu oddechowi. Był to najgłębszy poziom Czerwonej Twierdzy — Kopalnie Piekielnego Ognia. Na powierzchni Imperium Valyriańskiego obywatele znali jedynie olśniewające złoto lśniące na iglicach Twierdzy; nigdy nie obchodziło ich żywe piekło, którego wymagało utrzymanie ciepła i absolutnej ekstrawagancji tego rozległego pałacu. Podobnie jak dziś, ludzie na górze wyprawiali najwspanialszy doroczny festiwal imperium, ale kto by pomyślał, że ci na dole znoszą dosłowne piekło na ziemi. Te dni zdawały się nie mieć końca. Jeśli zaś jakikolwiek istniał, nadchodził on dopiero w chwili śmierci.
Mętna kropla potu spłynęła po jej pokrytym sadzą policzku, żłobiąc wyraźną ścieżkę na bladej skórze. Z zaciśniętą szczęką mocno uderzyła ciężkim, żelaznym kilofem w ciemnoczerwoną ścianę skały.
Żelazo brutalnie zderzyło się z twardą skałą, wydając ogłuszający, metaliczny brzęk. Posypały się iskry, wstrząsając jej dłońmi tak silnie, że aż zdrętwiały, a z popękanych modzeli znów zaczęła sączyć się krew. Ale nie przestawała. Tutaj, na dole, przestój oznaczał śmierć.
— Szybciej! Wy bezwartościowe robaki!
Szorstki, zgrzytliwy ryk nadzorcy Pitta odbił się echem w dusznym tunelu.
Najeżony kolcami skórzany bicz rozdarł powietrze, wściekle smagając plecy pobliskiego, starszego niewolnika. Starzec wydał z siebie mrożący krew w żyłach wrzask. Jego wychudzone ciało z głuchym plaśnięciem uderzyło o parzące skały niczym połamana szmaciana lalka, rozsypując zawartość małego kosza z nowo wydobytym Płomiennym Kamieniem, który trzymał w dłoniach.
— Nie potrafisz wydobyć nawet połowy kosza kamienia. Jaki pożytek ma Imperium z takich śmieci jak ty? — Pitt podszedł bliżej, a jego ciężkie, okute żelazem buty bezlitośnie miażdżyły palce starca.
Uścisk Ofelii na trzonku kilofa gwałtownie stężał. Jej wzrok pozostał spuszczony, wpatrzony w wyschniętego, czarnego chrząszcza, piekącego się na ziemi w słabym świetle ognia.
Nie patrz. Nie słuchaj. Przetrwaj.
To była jej jedyna zasada na przetrwanie w charakterze niewolnicy w Imperium Valyriańskim. W tym imperium absolutna władza była jedyną prawdą, a niewolników nie uważano nawet za żywe istoty — byli po prostu łatwym do zastąpienia towarem roboczym.
— Błagam... panie... naprawdę nie mam już sił... — Starzec drgnął w agonii, a jego głos był słaby niczym świeca migocząca na wietrze.
— To giń! — zadrwił Pitt, po czym raz jeszcze uniósł upstrzony strzępami ciała bicz.
Bicz syknął, opadając i celując prosto w kark starca.
W ułamku sekundy ciało Ofelii zareagowało szybciej, niż jej umysł zdążył to pojąć.
— Przestań! — Jej głos rozniósł się po kopalni: zimny, chrypliwy, a jednak niezwykle stanowczy.
Bicz zatrzymał się w powietrzu. Cały szyb kopalni natychmiast pogrążył się w grobowej ciszy. Wszyscy niewolnicy zamarli w przerażeniu, wstrzymując oddech.
Ofelia rzuciła kilof i wyprostowała się. Jej wystrzępiona, szorstka tunika była już przesiąknięta potem, ciasno przylegając do ciała, a jednak podkreślała nieugięty kręgosłup. Odwróciła głowę i spod zmierzwionych, długich brązowych włosów para ciemnozielonych oczu wbiła się prosto we wściekłe spojrzenie nadzorcy.
Nie było w nich strachu ani błagania. Zaledwie lodowata pustka.
Pitt zamarł. Był całkowicie przyzwyczajony do widoku niewolników gorzko szlochających i czołgających się po ziemi, by błagać o życie, ale nigdy wcześniej nie widział takich oczu. Były tak przejrzyste, że zdawały się przenikać na wskroś jego obrzydliwą duszę, niosąc ze sobą wyniosłą arogancję, jakby to ona była panią, a on zaledwie błaznem.
To, co wywołało u niego nagłą, niewytłumaczalną irytację, to fakt, że pomimo brudu i pyłu pokrywających twarz niewolnicy, jej delikatne rysy i zielone oczy wciąż emanowały dzikim, nieujarzmionym pięknem.
Istnienie takiego piękna u niewolnicy było samo w sobie niewybaczalnym grzechem.
— Ty brudna suko, śmiesz wydawać mi rozkazy? — Twarz Pitta oblała się głęboką, brzydką czerwienią, napędzaną wściekłością i chorym poczuciem zazdrości. Zostawił starca na ziemi i krok po kroku zaczął zbliżać się do Ofelii.
Ofelia nie cofnęła się ani o krok. Zbyt dobrze znała prawa przetrwania w Valyrii — w chwili, gdy okazywało się choćby krztę słabości, bestie natychmiast rozszarpywały ofiarę na strzępy.
— On umiera — Ofelia spojrzała na niego zimno. — Jeśli umrze tutaj na dole, jego norma nie zostanie wyrobiona. Panie, ilość Płomiennego Kamienia, jakiej żąda dzisiaj powierzchnia... masz zamiar wydobyć ją sam?
Pitt zmrużył oczy i zgrzytnął zębami, wstrzymując krok. Uderzyła w jego czuły punkt. Wyższe sfery Czerwonej Twierdzy miały absurdalnie surowe wymagania dotyczące rudy, a jeśli norma nie zostałaby spełniona, to on poniósłby dotkliwą karę.
Ale jak mógłby stracić twarz przed niewolnicą?
— Myślisz, że jesteś mądra, co? — Pitt nagle uśmiechnął się okrutnie. — Skoro tak bardzo zależy ci na urobku, możesz wyrobić tę normę za niego.
Rzucił się do przodu, gwałtownie złapał Ofelię za włosy i pociągnął ją w stronę najgłębszych zakamarków tunelu.
Ofelia wydała z siebie stłumiony jęk bólu, gdy rozdzierająca agonia przeszyła jej skórę głowy. Rozpaczliwie próbowała osłonić głowę dłońmi, potykając się, gdy była wleczona, a jej kolana rysowały krwawe ślady na postrzępionych skałach.
Temperatura na końcu tunelu była tak ekstremalna, że nawet powietrze falowało i odkształcało się. Stała tam masywna, zardzewiała żelazna brama, a przez jej szczeliny sączył się blask ciemnoczerwonego ognia.
To była Paszcza Otchłani.
Zakazana strefa pod Czerwoną Twierdzą, miejsce, do którego nie ważyli się zbliżyć nawet najbardziej brutalni nadzorcy. Krążyły plotki, że łączyła się ona z podziemnymi jaskiniami, w których drzemały starożytne, przerażające koszmary; żaden niewolnik wrzucony tam w celu poszukiwania żył rudy, nigdy nie wrócił żywy.
— Właź!
Pitt z kopa otworzył żelazną bramę i brutalnie wepchnął Ofelię do środka.
Przetoczyła się dwukrotnie po parzącej ziemi, zanim ledwie udało jej się zatrzymać. W chwili, gdy jej dłonie docisnęły się do skały, w powietrze natychmiast wzbiła się smuga białego dymu, a wokół rozszedł się przyprawiający o mdłości zapach palonego ciała.
— Masz dwadzieścia cztery godziny — powiedział Pitt, stojąc przed bramą i patrząc na nią jak na trupa. — Jeśli zdołasz wynieść z otchłani najwyższej jakości kamień Karmazynowego Lotosu, odpuszczę tobie i temu bezużytecznemu starcowi. Jeśli nie... możesz zostać tam na dole jako nawóz już na zawsze!
Z ogłuszającym hukiem ciężkie, żelazne wrota zostały bezlitośnie zatrzaśnięte, a zaraz po tym rozległ się gwałtowny brzęk grubych łańcuchów, blokujących je na swoim miejscu.
Ostatnia smuga światła została bezpowrotnie odcięta.
Ofelia została natychmiast pochłonięta przez bezkresną ciemność i ekstremalne, duszące gorąco.
Dyszała szybko, a każdemu zaczerpnięciu tchu towarzyszył przeszywający ból. Przezwyciężając bolesne pieczenie dłoni i kolan, oparła się o wrzącą ścianę i powoli wstała. W absolutnej ciemności otaczająca ją cisza wyostrzyła się tysiąckrotnie; było tak cicho, że słyszała gorączkowe bicie własnego serca.
— Uspokój się... Ofelio, nie możesz tu umrzeć... — wyszeptała pod nosem; jej głos drżał, ale był pełen determinacji.
Po omacku ruszyła przed siebie, a jej stopy zapadały się w miękki popiół — nie wiedziała tylko, czy pochodził z wypalonej rudy, czy też ze spopielonych szczątków jej poprzedników.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, rzekomo lity głaz pod jej stopami wydał z siebie przerażający, pękający zgrzyt.
Serce Ofelii na moment zamarło.
Rozległ się ogłuszający dźwięk pękającej skały, a ziemia natychmiast zapadła się pod jej ciężarem.
Ofelia nie zdążyła nawet krzyknąć, zanim runęła prosto w bezdenną, smolistą otchłań. Wiatr o sile wichury wył w jej uszach, a ostre ściany jaskini nieustannie ocierały się o jej ciało, rwąc jej ubranie i skórę.
Nie miała pojęcia, jak długo spadała, dopóki z ciężkim, przyprawiającym o mdłości dudnieniem nie uderzyła w masywne, nieustępliwe zbocze, tocząc się w dół, aż z impetem rozbiła się o płaską powierzchnię.
Ofelia zakaszlała gwałtownie w agonii, czując się tak, jakby jej narządy wewnętrzne uległy przemieszczeniu, a usta wypełniły się ciężkim, metalicznym smakiem krwi. Zwinęła się w kłębek na ziemi; każda kość w jej ciele zdawała się starta na pył.
Nie mogła sobie jednak pozwolić na skupienie się na bólu.
Nagle zorientowała się, że to nieustępliwe zbocze, po którym przed chwilą się stoczyła, zdawało się mieć... miarowo pulsującą temperaturę oraz wznoszący się i opadający rytm.
Smród siarki był tutaj przytłaczająco gęsty, niosąc ze sobą duszącą, krwiożerczą, opresyjną aurę.
Właśnie wtedy przez ciemność przetoczył się niski, ogłuszający pomruk.
To nie była aktywność sejsmiczna; to był długi, rytmiczny oddech jakiegoś kolosalnego behemota. Palący, cuchnący podmuch wiatru przetoczył się po niej niczym huragan.
Zaraz potem, niespełna dziesięć stóp dalej, w absolutnej czerni powoli zapłonęły dwie masywne, karmazynowe kule.
To były oczy.
Para zimnych, bezlitosnych, pionowych źrenic, należących do starożytnego monstrum, była wpatrzona prosto w nią — swojego nieistotnego intruza.
Miażdżące poczucie zagłady ogarnęło Ofelię, natychmiast obracając wniwecz jej nowo rozpaloną nadzieję na przetrwanie. W obliczu tej apokaliptycznej potęgi nie mogła wykrzesać z siebie sił nawet na to, by drżeć.
Żniwiarz Otchłani się przebudził.