

Autor: Avelon Moreau
Uwikłana w intrygę, została sprzedana przez swojego biologicznego ojca, jej syn został jej odebrany, a ona prawie straciła życie. Pięć lat później Arissa York wraca do kraju silniejsza - szukając syna i karząc złoczyńców. Nie wie, że jej syn został podmieniony tuż po jej powrocie. Kiedy odkrywa, że ojcem dzieci jest wszechmocny Benjamin Graham, jej świat trzęsie się w posadach. Po niezliczonych trudach błaga go o pomoc w ukaraniu tych, którzy ją skrzywdzili. W miarę rozwoju ich relacji, para angażuje się w humorystyczny romans.
„Ratunku!”
Arissa poczuła wilgotny, ciepły oddech na czubku ucha, gdy mężczyzna chwycił ją od tyłu.
Szamocząc się odruchowo, próbowała wyrwać się z jego silnego uścisku, ale na próżno.
Jej oczy wypełniły się strachem, a ciało gwałtownie drżało w desperacji.
Została sprzedana przez własnego ojca!
„Puszczaj!” – jęknęła, zanim jej głos został ostatecznie stłumiony.
„Nie bój się. Na pewno wezmę za to odpowiedzialność” – wyrzucił z siebie mężczyzna niskim, ochrypłym głosem.
Zasłaniając usta Arissy swoją silną dłonią, mężczyzna przystąpił do robienia tego, co chciał, ze swoją kruchą ofiarą.
Dziewięć miesięcy później, w opuszczonym domu, rozległ się płacz dziecka.
„Pani Adams, to chłopiec!”
„Zabierz go stąd!”
Danna Adams, olśniewająco ubrana, stała przed prowizoryczną salą porodową, zaciskając nos i krzywiąc się na krwawą scenę wewnątrz.
Kobieta w średnim wieku, która asystowała wewnątrz, nagle krzyknęła.
„Co się stało?” – warknęła Danna. Czekając na to dziecko tak długo, nie mogła pozwolić sobie na żadną wpadkę.
„Pani Adams, to bliźniaki!” – sapnęła kobieta, wybiegając z pokoju i ściskając w ramionach parę noworodków. „I obaj to chłopcy!”
Danna rzuciła noworodkom pełne niesmaku spojrzenie. Wciąż pokryte mazią płodową i krwią, dzieci wyglądały jak dwa zgniecione ziemniaki. „Dlaczego są tacy brzydcy?”
Zastanawiała się, czy rodzina Grahamów ich odrzuci.
„Wszystkie dzieci tak wyglądają, kiedy się rodzą. Za kilka dni będą wyglądać o wiele ładniej” – powiedziała kobieta. Była to akuszerka, którą Danna znalazła w ostatniej chwili.
„Pospiesz się i wszystko posprzątaj. Muszę ich zabrać” – rozkazała Danna, lekceważąco machając dłonią.
„Tak jest.” Akuszerka zawróciła do pokoju, odłożyła dzieci na bok i zaczęła sprzątać.
Po wyczerpującym porodzie Arissa York leżała na łóżku, chwytając powietrze. Jej ciało drżało z oburzenia na bezduszną wymianę zdań na zewnątrz.
Kim jest ta kobieta? Dlaczego zabiera moje dzieci...
Wtedy właśnie kolejny ostry ból przeszył jej brzuch. Zaciskając zęby i zaczynając dyszeć, Arissa poczuła, jakby w jej wnętrzu było coś jeszcze, co próbowało się wydostać. Gdy zapadała w nieświadomość i z niej wracała, jej twarz była teraz blada jak płótno.
Moje dzieci...
„Skończyłaś?” – ponagliła niecierpliwie Danna.
„Zaraz!” Akuszerka pośpiesznie owinęła dzieci w czyste kołderki i była gotowa opuścić pokój, gdy zauważyła, że z Arissą dzieje się coś niepokojącego.
„P-pani Adams!” – krzyknęła.
„Co z tobą nie tak? Wynoś te dzieci. Wychodzę!” Danna, będąc na skraju wybuchu, poczuła chęć zakneblowania akuszerki.
„Pani Adams, t-tam jest czworo... Jest jeszcze czworo dzieci!” Oniemiała akuszerka gapiła się, jak kolejne dzieci wydostawały się z łona matki.
Danna weszła do pokoju. Oślizgle wyglądające dzieci leżące obok Arissy przyprawiły ją o odruch wymiotny.
„Czy ona jest jakąś świnią? Jak mogła począć tyle dzieci naraz?” – zakpiła z niedowierzaniem, wyrywając akuszerce dwoje pierwszych dzieci.
„Zabiorę tylko tę dwójkę. Pozbądź się pozostałej czwórki. Po prostu je spal, czy coś.”
„Ale złapią nas, jeśli je spalimy...” – wykrztusiła akuszerka z przerażeniem. Jakież to byłoby nieludzkie?
Spojrzenie Danny, zabarwione złowrogim blaskiem, omiotło nieprzytomne ciało Arissy. „Ona musi umrzeć. Nakarm nią bestie. Upewnij się, że nie wyjdzie z tego żywa! Masz tu pięć milionów. Kiedy wszystko będzie załatwione, dam ci kolejne pięć.”
Twarz akuszerki rozjaśniła się, gdy jej wzrok padł na kartę bankową w dłoni Danny. Przyjęła ją natychmiast, uśmiechając się od ucha do ucha.
„Dziękuję, pani Adams. Proszę się nie martwić. Dopilnuję, by nie pozostał najmniejszy ślad!”
„Kiedy to wszystko będzie załatwione, wracaj do swojego rodzinnego miasteczka na wsi i nigdy nikomu nie piśnij ani słowa, w przeciwnym razie... Wiesz, do czego jestem zdolna!” – zagroziła Danna.
Jej głos ociekał złem.
„Tak, tak. Rozumiem!”
Kiedy Danna odeszła, akuszerka wezwała swoich ludzi. Razem wepchnęli Arissę do furgonetki wraz z czworgiem dzieci. Wkrótce pojazd potoczył się z turkotem w stronę odległego miejsca, gdzie mieli porzucić te nieszczęsne dusze.
Przezornie zakneblowano dzieci szmatami, aby ich płacz nie przyciągnął uwagi. Pozbawione podstawowej formy ekspresji, dzieci wierciły się niespokojnie obok matki, a ich twarze przybrały siny odcień.
Minęło kilka godzin, gdy kierowca odwrócił się do akuszerki i polecił: „Teraz je wyrzuć!”
Akuszerka poczuła, jak serce bije jej szybciej, gdy ogarnął ją niepokój. „Czy ludzie ich nie zauważą?”
„Bzdura – nie ma tu żywej duszy. Lepiej się pospiesz, zanim pojawią się bestie, chyba że chcesz, abyśmy oboje spotkali się z naszym stwórcą. A może wolisz być ścigana przez tamtą kobietę?”
Wzmianka o Danni wywołała dreszcze na plecach akuszerki. Poczucie winy za zabicie kobiety i czworga noworodków było niczym w porównaniu z możliwością narażenia się Danni.
Cóż, od początku nie powinny były zadzierać z panią Adams.
„Nie mścijcie się na mnie, kiedy staniecie się duchami. Nawiedzajcie panią Adams. To ona wydała rozkaz!” Akuszerka zebrała w sobie odwagę i wypchnęła ich z pojazdu.
„Dobra. Jedziemy!”
Wkrótce jałowe pustkowie ponownie spowiła cisza, gdy furgonetka zniknęła za horyzontem.
Arissa i jej czworo dzieci, wpółżywi, zostali teraz zdani tylko na siebie.