

Autor: Aeliana Moreau
MM | Trener/Zawodnik | BDSM | Zakazany Romans | Nierównowaga Sił | Różnica Wieku | Romans Sportowy Noah Byłem tu, żeby udowodnić swoją wartość— Ostatnia szansa na futbol, na wolność, na przyszłość, na którą nikt nie sądził, że zasługuję. A potem go spotkałem. Trener Aiden Mercer. Zimny. Wymagający. Zbudowany jak legenda i dwa razy bardziej bezwzględny. Od pierwszego rozkazu chciałem z nim walczyć. Od pierwszego "Proszę Pana" chciałem uklęknąć. Ale to nie dotyczyło już tylko gry. Patrzył na mnie, jakby widział przez każdą maskę, którą nosiłem… I mówił do mnie głosem, który znałem aż za dobrze. Tym samym, który nazywał mnie "dzieciątkiem" w najciemniejszych zakątkach internetu. Teraz nie wiedziałem, czy chcę wygrać… Czy po prostu być jego. Aiden Noah Blake miał być wyzwaniem. Zuchwały, lekkomyślny rozgrywający z surowym talentem i brakiem dyscypliny. Ale jedna wiadomość wszystko zmieniła. Pewnej nocy na ObeyNet, nieznajomy z postawą i uległością splecioną w jego słowach. A kiedy zobaczyłem Noaha osobiście—jego ogień, jego strach, to pragnienie bycia dostrzeżonym— Wiedziałem, że to on. Nie wiedział, kim jestem. Jeszcze nie. Ale już go testowałem. Popędzałem go. Rozbijałem go, aż błagał o to, czego, jak przysięgał, nie potrzebował. To nie miało stać się osobiste, ale każda sekunda, w której był nieposłuszny, sprawiała, że chciałem go posiąść jeszcze mocniej. A jeśli przekroczy linię… Upewnię się, że nigdy nie zapomni, do kogo należy.
**Noah**
To było wszystko, na co pracowałem.
Dlaczego więc, do cholery, miałem ochotę uciec?
Powietrze pachniało nowymi pieniędzmi i czystą murawą. Kampus był wspaniały, niczym wyjęty z okładki magazynu. Było to miejsce, w którym nie było przestrzeni dla facetów takich jak ja, chyba że ktoś umarł albo został zdyskwalifikowany.
A jednak tu byłem. Debiutujący rozgrywający Texas Wolves. Pierwszy wybór z letnich testów. Szansa jedna na milion.
Przyleciałem tego samego ranka, wręczono mi markową torbę, klucz do akademika, wydrukowany harmonogram i gratulacje, których nie słyszałem przez łomot własnego serca. Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko.
Mówili, że na to zasłużyłem. Mówili, że mam do tego naturalny talent. Że mam potencjał... I kurwa *miałem*, a jednak panika wciąż dławiła mnie w gardle niczym dym.
To nie była uczelniana liga. To było na poważnie.
To było *wszystko*.
I nie zamierzałem zjawić się tu wyglądając jak ofiara losu wzięta z litości, która jakimś cudem oszukała system. Wiedziałem, jak działa to gówno. Jeśli chciałem szacunku, musiałem na niego zapracować od pierwszego wznowienia gry. Żadnych wymówek. Żadnych drugich szans. Żadnych wpadek.
Nie przyjechałem tu szukać przyjaciół.
Przyjechałem tu, by przejąć stery.
Ale mimo to...
Dobre pierwsze wrażenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Zwłaszcza, gdy pochodziło się z takiej dziury, jaką właśnie zostawiłem za sobą. Teraz stałem przed rezydencją w stylu studenckiego bractwa, wewnątrz której już trwała szalona impreza powitalna drużyny.
Byłem ubrany na luzie — obcisłe dżinsy, koszulka bez rękawów, czapka Wolves naciągnięta nisko na czoło. Wyglądałem, jakby mi zależało, ale bez zbytniego starania się. Na tym polegał ten trik. Wejdź, uśmiechnij się kpiąco, rzuć kilkoma aroganckimi tekstami, zachowuj się, jakbyś był tu od zawsze. Udawaj, dopóki nie zdominujesz.
Nie pozwolę, by ktokolwiek tutaj potraktował mnie jak przypadek.
Jak traktowano mnie przez całe moje życie.
Mimo to, moje palce pociły się, gdy pchnąłem drzwi.
Wewnątrz panował chaos. Głośna muzyka, czerwone plastikowe kubki, beer pong po jednej stronie, stół bilardowy po drugiej. Testosteron unosił się w powietrzu jak dym. Wszędzie pełno facetów — śmiejących się, krzyczących, prężących muskuły.
Kilka głów odwróciło się, gdy wszedłem.
Uśmiechnąłem się kpiąco.
Skinąłem głową.
Rzuciłem zarozumiałe spojrzenie w stylu "tak, to ja jestem tym kolesiem".
Ktoś klepnął mnie w plecy, krzyknął "Siemasz, QB1!", jakbyśmy byli starymi kumplami.
Zaśmiałem się krótko, nieszczerze. W duchu skanowałem wzrokiem wyjścia.
Wziąłem drinka. Sączyłem go powoli. Pozwoliłem im gadać. Pozwoliłem im mnie oceniać. Pozostałem na tyle zarozumiały, by zyskać miejsce w kręgu, ale nie na tyle, by wyjść na kutasa.
Wtedy rozmowa zeszła na inny tor.
"— Nie no, mówię ci, stary, niektórzy z tych subów na ObeyNet są sławni. Przysięgam, że w zeszłym roku jednego rozpoznałem. Wyglądał, jakby grał dla Panthers."
"Gówno prawda. Nie zaryzykowaliby tak."
"Zdziwiłbyś się, stary. Miejsce jest anonimowe. Pełne zboczeńców. Nawet takie bety jak ty mogłyby coś zaliczyć."
Wybuchnął śmiech. Ktoś wydał z siebie dźwięk dławienia się piwem. Inny facet zażartował: "Raz się zarejestrowałem — jakiś koleś próbował mnie zmusić, żebym mówił do niego Tatusiu i szczekał. Wycofałem się."
Serce zabiło mi mocniej w piersi.
*ObeyNet*.
Słyszałem już tę nazwę. Szepty w internecie. Nigdy w to nie klikałem. Ale coś w tym zapadło mi w pamięć. Dreszcz przebiegł mi po plecach jak pająk.
Wymusiłem śmiech. "Brzmi jak niezła zabawa. Może się zarejestruję, nauczę ich, jak prawdziwy mężczyzna trzyma smycz."
Więcej śmiechu. Jeden z facetów trącił mnie łokciem. "Cholera, z młodego to niezły frik. Szacun."
Zbyłem to. Uśmiechnąłem się. Upiłem łyk.
Wewnątrz, mój mózg nie potrafił się zamknąć.
*****
Przed północą byłem z powrotem w swoim pokoju w akademiku. Sam. Niespokojny. Smak taniego piwa i fałszywej pewności siebie wciąż utrzymywał się na moim języku.
Cisza wydawała się głośniejsza niż impreza. Usiadłem na skraju łóżka, z telefonem w dłoni, z kciukiem zawieszonym nad przeglądarką.
Tylko z ciekawości, powtarzałem sobie. Tylko po to, by sprawdzić. Nic dziwnego.
ObeyNet.
Wpisałem to i stworzyłem proste konto.
Wewnątrz panowały tylko cienie i neony.
Wątki na forum. Profile. Nagrania.
Wszystko od poleceń, przez wyznania, aż po... audio. Na tym właśnie zatrzymał się mój wzrok.
**Pan A.**
Najwyżej oceniany. Anonimowy. Czarno-białe zdjęcie profilowe: wypolerowany garnitur i dłoń w rękawiczce owinięta wokół paska.
Kliknąłem.
I wszystko się zatrzymało.
Jego głos uderzył we mnie niczym grawitacja.
Niski. Spokojny. Opanowany.
Niegłośny, nieagresywny — po prostu stabilny. Autorytatywny. Każde słowo było wyważone. Precyzyjne. Jakby już był w twojej głowie i nie musiał podnosić głosu, żeby zmusić cię do klęknięcia.
Moja skóra spłonęła. W ustach mi zaschło.
Nawet nie rozumiałem połowy rzeczy, które mówił — ale, kurwa, i tak stanął mi kutas.
Wstyd zapiekł mnie w klatce piersiowej.
Co, do cholery, było ze mną nie tak?
Nie powinno mi się to podobać. Nie leciałem na facetów. Nie kręciło mnie *to*. Nie w ten sposób. Nie na poważnie.
A jednak...
Moje palce zawisły nad przyciskiem wiadomości.
Zapatrzyłem się. Zastanawiałem się. Usłyszałem w głowie głos ojca — mojego największego demona — zawstydzającego mnie, nazywającego słabeuszem. Mocno zacisnąłem powieki.
*Tylko ten jeden raz*, powiedziałem sobie. *Tylko dla zgrywy.*
Racja.
Zanim zdążyłem pomyśleć dwa razy, napisałem:
**"Założę się, że byś sobie ze mną nie poradził."**
Wcisnąłem wyślij, zanim zdążyłem się wycofać. Uśmiechnąłem się pod nosem. Czekałem.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
**Pan A:**
"Mylisz się.
Prawdziwe pytanie brzmi — czy ty poradzisz sobie z posłuszeństwem?"
Powolny żar zwinął się w moim brzuchu.
**JA:**
**"A niby dlaczego bym miał?**
**Może to ja tu rządzę."**
**Pan A:**
"Nie rządzisz.
I wcale tego nie chcesz; wolisz, żeby mówiono ci, co masz robić.
Większość chłopców takich jak ty tak ma."
Chłopców *takich jak ja?*
**JA:**
**"Myślisz, że jestem jakąś pipą, która lubi, gdy nią rządzą?"**
**Pan A:**
"Myślę, że jesteś przerażoną małą owcą w przebraniu lwa.
Dużo szczekasz. Ale nie masz smyczy.
A za całym tym hałasem kryje się to, czego tak naprawdę pragniesz — bycia posiadanym, prowadzonym i karanym."
Przełknąłem ciężko ślinę. Te słowa trafiły w czuły punkt.... Wmawiałem sobie, że to tylko gra. Jakiś nieznajomy z internetu z fetyszem dominacji i ciętym językiem.
Ale nie mogłem przestać.
**JA:**
**"I rozumiem, że właśnie ty mógłbyś to zrobić, co?"**
**Pan A:**
"Mógłbym i to zrobię. Obaj o tym wiemy.
I myślę, że nienawidzisz tego, jak bardzo cię to podnieca."
*Podniecało.*
I nie tylko nienawidziłem, że to robiło, ale wręcz przerażało mnie to do wściekłości.
**JA:**
**"Jesteś, kurwa, chory, i wcale mnie nie znasz...!"**
**"Dlaczego miałbym chcieć być karanym?"**
**"I jak facet mógłby mnie podniecać? Jestem hetero—"**
Moje palce wciąż pisały czwartą wiadomość z rzędu, kiedy nadeszła jego pojedyncza odpowiedź.
**Pan A:**
"Musisz oddychać, chłopczyku."
Moja klatka piersiowa przestała się unosić.
Przeczytałem to jeszcze raz.
*Chłopczyku.*
*Boże...*
*Kurwa.*
Upuściłem telefon, jakby mnie poparzył.
Ekran znów się zaświecił.
**Pan A:**
"Śpij słodko. Będziesz mój, zanim będziesz gotów to przyznać."
Czat się zakończył. Zniknął.
Ale to zdanie — *oddychaj, chłopczyku* — utknęło mi w głowie, jakby zostało wyszeptane, a nie napisane.
****
Następny poranek był jeszcze gorszy.
Prawie w ogóle nie spałem. Głowa mi pękała. Wyglądałem potwornie, czułem się jeszcze gorzej, ale mieliśmy pierwsze w tym sezonie spotkanie z naszym nowym gwiezdnym trenerem. Wcisnąłem na siebie sprzęt, ochlapałem twarz wodą i pobiegłem przez kampus do ośrodka drużyny.
Hala treningowa Wolves była cała ze stali, szkła i potu. Zawodnicy tłumnie wchodzili, głośni i pewni siebie. Niektórzy nadal w imprezowym nastroju. Starałem się nie rzucać w oczy, siadając z tyłu, ale wszyscy wiedzieli, kim jestem.
Nowy QB. Nowa nadzieja.
Już tego nienawidziłem.
Ktoś krzyknął: "Głowy do góry! Trener idzie!"
W pomieszczeniu zaszła zmiana. Postawy się wyprostowały. Gwar ucichł.
Odwróciłem się — i świat się zawęził.
Wszedł, jakby posiadał nas wszystkich.
Wysoki, barczysty, perfekcyjnie zbudowany. Solidny. Jak ściana, której nie mógłbyś przesunąć, nawet gdybyś spróbował. Ubrany w czarne spodnie i drużynową koszulkę polo, która przylegała do jego ramion niczym zbroja.
Ale w chwili, gdy otworzył usta, krew zamarzła mi w żyłach.
"Dzień dobry, chłopcy. Jestem Trener Mercer. Wiecie już, czego się od was oczekuje w tym sezonie. Nie jestem tu po to, żeby was niańczyć — jestem tu po to, żeby was cisnąć, złamać i odbudować w najlepszą wersję was samych. Tę, która przyniesie nam zwycięstwo."
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Zapomniałem, jak się oddycha.
*To niemożliwe...*
Odwróciłem wzrok, każde z jego słów pasowało do głosu z zeszłej nocy, który wciąż miałem wyryty w pamięci.
Reszta spotkania zlała się w jedną plamę. Moje serce nie chciało się uspokoić. Moje myśli się mieszały, próbując mnie przekonać, że tylko to sobie wyobrażałem. Zwykły zbieg okoliczności. Prawda?
Wtedy — jego oczy odnalazły mnie.
Zimny błękit. Nieprzenikniony.
"Blake. Jesteś rozkojarzony. Twoje nastawienie wymaga pracy."
Żołądek podszedł mi do gardła. Każdy sygnał ostrzegawczy w mojej głowie krzyczał *Znam ten głos.*
I nie dało się temu zaprzeczyć.
Utrzymanie koncentracji na grze będzie drogą przez mękę.
Zrobił pauzę — wystarczająco długą, żeby zabolało.
"Widzimy się w moim biurze po treningu. Sam na sam."