

Autor: Aeliana Moreau
Przez osiem brutalnych lat Rylee Duquesne była niewolnicą tej samej watahy, która wymordowała jej rodzinę. Jej jedyne światło nadziei na przetrwanie w mroku? Odnalezienie przeznaczonego jej partnera. Lecz Bogini Księżyca prowadzi okrutną grę. W dniu swoich osiemnastych urodzin Rylee odkrywa, że jej przeznaczonym jest Ash – arogancki dziedzic jej dręczycieli. Kiedy chłodno ją odrzuca, oczekując, że dziewczyna zacznie błagać, Rylee nie roni nawet jednej łzy. Zamiast tego przyjmuje jego odrzucenie. Ten nieustraszony akt buntu kruszy pieczęć nałożoną na jej dziedzictwo krwi. Rylee budzi w sobie przerażającą, starożytną moc. Nie jest już zwykłą omegą-niewolnicą – jest legendarną Prawdziwą Alfą, zrodzoną, by władać, a nie chylić czoła. Kiedy płaszczący się Ash desperacko próbuje naprawić swój katastrofalny błąd, jest już za późno. Na scenę wkracza Alfa Wyatt Valencia: zaciekle opiekuńczy partner drugiej szansy, który wielbił ją z ukrycia i jest gotów spalić dla niej cały świat. Teraz, ze śmiercionośną magią krążącą w żyłach i osaczającymi ją starymi wrogami, Rylee musi odrodzić się z popiołów. Nadszedł czas, by upomnieć się o swoją zemstę, prawdziwego króla i koronę.
Streszczenie:
Ryan Lee Duquesne, w skrócie Rylee, została sierotą w wieku dziesięciu lat. Jest córką Alfy, Mitchella Jacksona Duquesne'a. Choć jej wataha była mała, ojciec cieszył się reputacją zaciekłego, potężnego i miłosiernego przywódcy. Aż do pewnego fatalnego wieczoru, kiedy padli ofiarą zasadzki sąsiedniej watahy po tym, jak przegrał wyzwanie, i zginęli. Rylee jako jedyna ocalała. Ze względu na jej młody wiek, wataha, która wymordowała jej rodzinę, postanowiła ją przygarnąć, ale nie po to, by ją wychować. Zdecydowali się zrobić z niej niewolnicę. Mając dziesięć lat, gotowała, sprzątała, robiła pranie i wykonywała inne domowe obowiązki. Mieszkała w małym pokoiku pod schodami, który kiedyś był schowkiem na buty. Była bita, głodzona, poniżana i traktowana jak śmieć.
Alfa i Luna Watahy Półksiężyca byli bezwzględni, bezlitośni i pragnęli jedynie władzy oraz bogactwa. Mieli syna, Ashforda, w skrócie Asha, który od dnia swoich osiemnastych urodzin wiedział, że Rylee jest mu przeznaczona, ale bił się z myślami, czy ją zaakceptować, czy nie. Nikt nie wiedział, że w żyłach Rylee płynie krew Alfy, nikt z wyjątkiem samej Rylee. Co zrobi Ash w dniu osiemnastych urodzin Rylee? Czy ją zaakceptuje i uczyni Luną Watahy Półksiężyca? Czy raczej ją odrzuci i złamie ją jeszcze bardziej, niż zrobiła to już jego rodzina i wataha?
-------------------------------------
{Perspektywa Rylee}
*Plask*
– Ty brudna k***o, trzymaj wzrok z dala od mojego przeznaczonego! – krzyczy mi prosto w twarz jakaś wilczyca. Oskarżając mnie o p********e wzrokiem jej przeznaczonego. Podczas gdy to on p*******ł wzrokiem mnie. Miała po prostu zbyt wielki ból tyłka, by przyznać, że wyglądałam lepiej od niej, nawet w mundurku pokojówki.
Nazywam się Rylee Duquesne, a jutro są moje 18. urodziny. Mieszkam w Watasze Półksiężyca, na której czele stoją Alfa Eric Patterson i Luna Nicole. Oboje są kompletnymi dupkami i to oni odpowiadają za wymordowanie całej mojej rodziny, Watahy Srebrnego Jeziora. Nie mają pojęcia, że jestem córką Alfy. Mój ojciec, Alfa Mitchell Jackson Duquesne, był dobry i traktował wszystkich sprawiedliwie; jednak Alfa Eric traktuje każdego, jakby był kimś gorszym. Luna Nicole i ich syn, Ashford, w skrócie Ash, wcale nie są lepsi.
Kiedy miałam dziesięć lat, Alfa Eric i jego wataha wymordowali moją rodzinę, zostawiając mnie jako jedyną ocalałą. Znaleźli mnie w ruinach naszego domu watahy i zabrali, abym z nimi zamieszkała. Z początku myślałam, że to dlatego, iż czuli wyrzuty sumienia, ale się myliłam. Zrobili ze mnie swoją własną marionetkę. Od dziesiątego roku życia wykonywałam wszystkie prace domowe w domu watahy, w którym mieszkało ponad pięćdziesięciu wilkołaków.
Przez ostatnie osiem lat byłam niewolnicą ludzi, którzy nie zadali mi niczego oprócz bólu i cierpienia. Zabili moją rodzinę, traktują mnie jak śmieć, a ja śpię w pokoju pod schodami, który kiedyś był schowkiem na buty, na polowym łóżku, na którym ledwo się mieszczę, i pod starym, dusznym pikowanym kocem, który sama uszyłam ze starych prześcieradeł przeznaczonych na wyrzucenie.
– Słyszałaś mnie, ty g***o! O*******l się od mojego przeznaczonego! – wykrzyczała mi w twarz wilczyca, której imienia nawet nie zadałam sobie trudu zapamiętać. Spróbowała uderzyć mnie w twarz po raz drugi, ale złapałam ją za rękę.
– Nie dotykaj mnie – mówię do niej z jadem w głosie. Nie wolno mi było do nikogo odzywać się, a co dopiero pyskować, ale miałam nadzieję, że dzięki temu zostanę odesłana do pralni na resztę dnia.
– RYLEE! – usłyszałam Alfę Erica. Odwracam się i patrzę mu prosto w oczy. Nikt nigdy nie odważył się spojrzeć mu w oczy, ponieważ, cóż, on jest Alfą; jednakże on nie jest moim Alfą, więc nie miał nade mną żadnej władzy. To był główny powód, dla którego byłam bita i głodzona. Ani on, ani nikt inny w tym domu nie zmusiłby mnie do uległości. – Znasz zasady! – Posłałam mu tylko wrogie spojrzenie. – IDŹ DO PRALNI! DZIŚ BEZ KOLACJI! – zagrzmiał głosem Alfy. Przewróciłam tylko oczami i odeszłam.
– Kochanie, mówiłam ci, że powinniśmy byli się jej pozbyć – słyszę słowa Luny Nicole, gdy odchodzę.
– Śmiało – prycham z pogardą, odwracając się w ich stronę. – Chciałabym zobaczyć, jak uczysz się gotować i sprzątać. Nie potrafisz nawet wstawić garnka z gotującą się wodą, żeby nie spalić połowy kuchni.
– Ty mała s***o! – wrzasnęła i uderzyła mnie w twarz. Te uderzenia prawie już nawet nie bolały, zdarzały się tak często przez ostatnie osiem lat.
– Na tyle cię tylko stać? – Posyłam jej obrzydliwe spojrzenie i odchodzę. Słyszę, jak przeklina wniebogłosy i skomle jak ta mała s***a, którą jest. Jakim cudem została Luną, nigdy się nie dowiem. Idę do pralni w piwnicy i po prostu tam zostaję, dopóki nie będę musiała iść przygotować kolacji. Zaczynam składać prześcieradła, ponieważ zapach czystego prania mnie uspokaja. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego tu zostaję; odpowiedź jest prosta. Mam dach nad głową, jedzenie i gdzie spać. Może i śpię na polowym łóżku, ale to wciąż lepsze niż podłoga czy ulica.
Miałam nadzieję, że Bogini Księżyca zlituje się nade mną w chwili, gdy zyskam swoją wilczycę, i da mi przeznaczonego, który będzie mnie kochał, doceniał i chronił. Jeśli jutro nie znajdę swojego przeznaczonego, to obiecałam sobie, że odejdę i będę żyć jako samotnik. Wataha Półksiężyca była w stanie zatrzymać mnie tylko do tego czasu i dobrze o tym wiedzieli. Po jutrzejszym dniu skończę z tym miejscem, ponieważ w świetle prawa, jako dorosła osoba, nie będą mieli nade mną żadnej władzy, zwłaszcza że z krwi sama jestem Alfą.
{Perspektywa Asha}
Byłem w moim przyszłym gabinecie, testując go z wilczycą, której imienia nawet nie pamiętam. Wchodziłem po same kule w jej ciasną c***ę, podczas gdy jej ścianki zaciskały się na moim pulsującym k****e.
– Tak! Ash! P*****l mnie mocniej!
– Mówiłem, żebyś nie wypowiadała mojego imienia! – ryczę na nią. Nienawidziłem, kiedy się odzywały albo wymawiały moje imię. To niszczyło fantazję, że to Rylee wije się pode mną. Sześć miesięcy temu skończyłem 18 lat i od tamtego dnia wiedziałem, że Rylee, nasza domowa niewolnica, jest moją przeznaczoną. Miała wtedy dopiero 17 lat. Mój wilk, Kano, był podekscytowany, gdy to odkryliśmy, ale ja nie. Byłem zniesmaczony, że Bogini Księżyca sparowała mnie z takim zerem. Postanowiłem w duchu, że ją odrzucę, ale Kano walczył ze mną w tej kwestii.
Zawsze, gdy przyprowadzałem wilczycę do swojego pokoju lub gabinetu, by ją p********ć, Kano i ja się kłóciliśmy. On chciał zachować się dla Rylee, ale ja byłem już zdeterminowany, by ją odrzucić. Ale ponieważ Kano i ja dzielimy umysł, nie mogłem powstrzymać się od uznawania jej za piękną i seksowną. Właściwie taka była, nawet ślepy by zauważył, że Rylee to niezła sztuka. Gładkie włosy w odcieniu ciemnego blondu, ciemnobrązowe oczy, naturalnie brzoskwiniowe usta, piękny uśmiech i ciało, za które można by zabić. Choć przez większość życia była głodzona, nie powstrzymało to jej ciała przed rozwinięciem się w najbardziej niesamowity sposób. Jeśli chciałem dojść podczas s***u, musiałem wyobrażać sobie, że to ona jest pode mną, za każdym razem, gdy p*******m jakąś dziewczynę, inaczej wymiękłbym w równe dwie sekundy.
– Argh! – jęknąłem, gdy ogarnęło mnie szczytowanie.
– Czekaj! – krzyknęła Omega, ale było już za późno. Wyciągnąłem go i trysnąłem s*****ą prosto na jej brzuch i klatkę piersiową. – Ja nawet jeszcze nie d*****m!
– Trudno, a teraz w*******j z mojego gabinetu.
– KUTAS! – krzyknęła i wyszła. Szczerze mówiąc, mało mnie obchodziło, czy którakolwiek z dziewczyn, z którymi spałem, doszła.
Jutro są urodziny Rylee, a ja byłem gotów sprawdzić, czy rzeczywiście jest moją przeznaczoną, czy nie. Nadal planowałem ją odrzucić i zamierzałem zrobić to na oczach całej watahy,
*Nie odrzucaj naszej przeznaczonej! Co jest z tobą nie tak?!*
*Zamknij się, Kano! Nie mogę mieć tak słabej przeznaczonej jak ona. Nieważne, czy uważam ją za atrakcyjną fizycznie, czy nie. Nie jest tego godna!*
*Jeśli skrzywdzisz naszą przeznaczoną, zamienię twoje życie w koszmar!*
*Uspokój się, dostaniemy drugą szansę.*
*Wiesz, że to rzadkość pośród naszego gatunku.*
*Cóż, jestem Alfą, Bogini Księżyca doskonale wie, że potrzebuję Luny, by być silnym. Więc da nam drugą szansę, lepszą szansę.*
*Wyciągnij głowę z tyłka, Ash.*
*O*******l się, kundlu.*
Zepchnąłem Kano na tyły mojego umysłu. Wiedziałem, co robię. Ale to, co mówił, było prawdą. Bogini Księżyca rzadko dawała drugie szanse. Podciągnąłem szorty i bokserki, po czym wezwałem Rylee do mojego gabinetu, żeby go posprzątała i pozbyła się smrodu wilczej k***y. Nie byłem w stanie połączyć się z nią w myślach, ponieważ nie miała wilka, a nawet gdyby miała, w rzeczywistości nie była członkinią naszej watahy, więc mentalna więź z nią i tak nigdy nie byłaby możliwa.
Kilka minut po tym, jak po nią posłałem, weszła do środka, ubrana w zwykły T-shirt, który był na nią o wiele za duży, ale związała jego rąbek w supeł na biodrze, żeby lepiej leżał. Miała na sobie legginsy, które były już mocno wyblakłe, i widziałem, że to te same, które nosiła na co dzień. Włosy miała spięte w wysoki kucyk, co odsłaniało jej seksowną szyję. Potrząsnąłem głową, by oczyścić myśli. Myśli, co do których miałem absolutną pewność, że wsadził mi je tam Kano.
Nienawidziłem faktu, że już odczuwałem z nią więź przeznaczenia, ale mimo wszystko nią gardziłem. Była niczym więcej jak brudem, a ja jako Alfa nie zadawałem się z brudem.
– Pospiesz się, co?! – krzyknąłem na nią. Chciałem, żeby zeszła mi z oczu. Tym bardziej że więź przeznaczenia doprowadzała mnie do szału. Ponieważ za niespełna 24 godziny miała skończyć 18 lat, czułem, że naprawdę była mi przeznaczona.
– Uspokój się, skończyłam, dupku – mruknęła i wstała, by odejść.
– CO TY DO MNIE POWIEDZIAŁAŚ?! – ryknąłem i chwyciłem ją za ramię, odwracając ją twarzą do siebie. Złapałem ją za oba ramiona i przyciągnąłem niemożliwie blisko. Posłałem jej gniewne spojrzenie, patrząc jej prosto w oczy. Większość Omeg by się trzęsła i kuliła w sobie, ale ona nie. Wszystko dlatego, że nie miała żadnych powiązań z tą watahą. Nie mogłem zmusić jej do uległości. Wpatrywała się we mnie wrogo tymi pięknymi, czekoladowymi oczami. Złapałem się na tym, że gubię się w jej spojrzeniu. Spojrzałem w dół na jej usta i jedyne, czego pragnąłem, to ją pocałować.
– Puść mnie! – krzyknęła i mnie odepchnęła. Przez ułamek sekundy brak odwzajemnienia z jej strony autentycznie zranił moje uczucia. Ale odsunąłem te uczucia na bok i patrzyłem, jak odchodzi.
{Perspektywa Rylee}
Po byciu w tak bliskiej odległości od Asha potrzebowałam gorącego prysznica, żeby pozbyć się z siebie tego smrodu, ale nie miałam dostępu do prysznica, więc musiałam zadowolić się stawem na zewnątrz. Był środek jesieni, a to był jedyny dostęp do wody, jaki miałam, żeby się umyć. Miałam dostęp do toalety dla gości, żeby umyć zęby i załatwić swoje potrzeby, ale moje włosy były zbyt długie, bym w ogóle próbowała umyć je w umywalce. Na szczęście staw nie był taki brudny. Był dobrze utrzymany i wypełniała go woda z topniejących w górach śniegów.
Niestety, nie miałam teraz na to czasu, ponieważ musiałam przygotować kolację dla domu watahy i jej członków, wszystkich 53 z nich. Gotowanie dla 53 osób było czymś absurdalnym, ale robiąc to przez prawie dekadę, zdążyłam się przyzwyczaić. Zeszłam do kuchni i zaczęłam przygotowania do kolacji. Jeśli dopisze mi szczęście, Alfa zapomni, że zabronił mi jeść, ale było to wielkie „jeśli”, więc nie robiłam sobie nadziei.
Kiedy wszyscy siedzieli już przy stołach i jedli, stałam w kuchni, czekając na jakiekolwiek polecenia lub rozkazy od członków watahy, niezależnie czy chodziło o dokładki, więcej napojów, czy sprzątanie ich bałaganu.
– Rylee, podejdź – powiedział Alfa Eric.
– Słucham? – odparłam uprzejmie.
– Jutro są twoje 18. urodziny, prawda? – zapytał mnie. Spojrzałam na niego i skinęłam głową. – Dobrze, w takim razie jutro spędzisz dzień na przygotowaniach do ceremonii Alfy Asha.
– Słucham?
– Jesteś świadoma, że jego ceremonia Alfy odbędzie się w najbliższą sobotę, czyż nie?
– Jestem, ale powiedziałeś, że w swoje urodziny będę miała czas dla siebie.
– Cóż, zmieniłem zdanie. Po twoim obrzydliwym nastawieniu i pełnym braku szacunku zachowaniu wobec twojej Luny…
– Ona NIE jest moją Luną! – krzyknęłam. Cały stół wstrzymał oddech.
– NIE PRZERYWAJ MI, KIEDY MÓWIĘ! – ryknął mi w twarz Eric. Normalnie zmusiłoby to każdego innego wilka do uległości, ale na mnie nie robiło to żadnego wrażenia i on o tym wiedział. – Zrobisz tak, jak każę! Przygotujesz się do ceremonii Asha! A zaczniesz od wysłania zaproszeń do sąsiednich watah z tej listy! – wykrzyknął i wcisnął mi listę w pierś. Spojrzałam na listę, na której widniał tuzin watah. Byłam tak wkurzona, że nawet nie odpowiedziałam. Wzięłam listę i wróciłam do kuchni.
Gdy wszyscy zjedli i zostawili po sobie bałagan na stole, posprzątałam, pozmywałam naczynia, odłożyłam je na miejsce i poszłam do swojego pokoju. Czekałam do północy, żeby móc pójść nad staw i się umyć. Nie uśmiechało mi się to, ale musiałam zmyć ze swojego ciała zapach Asha. Chwyciłam ręcznik, czystą koszulkę, bieliznę oraz legginsy i poszłam nad staw, gdy reszta domu watahy już spała. Był to jedyny czas, kiedy mogłam wyjść z domu, a ponieważ staw był częścią terytorium, przychodząc tu, nie łamałam żadnych zasad.
Kiedy dotarłam na miejsce, uświadomiłam sobie, że oficjalnie nadeszły moje urodziny. Oficjalnie miałam 18 lat. Wpatrywałam się w rosnący księżyc i modliłam się, by moja rodzina nade mną czuwała. Wielokrotnie myślałam o samobójstwie, ale nigdy nie potrafiłam się na to zdobyć. Ponieważ gdybym to zrobiła, oznaczałoby to, że się poddaję i jestem tchórzem. Byłam osobą, której najdalej do poddawania się, a rodzice wychowali mnie lepiej – albo przynajmniej tyle pamiętam z ich wychowania.
Poczułam, jak samotna łza spływa po moim policzku, i szybko ją otarłam. Położyłam czyste ubrania i ręcznik na głazie na brzegu stawu i ściągnęłam z siebie brudne ciuchy, które śmierdziały Ashem Pattersonem. Weszłam do wody i natychmiast zadrżałam od lodowatej temperatury. Na szczęście, jako wilkołak, nie zachorowałabym ani nie dostałabym odmrożeń, ale to nie znaczyło, że nie czułam, jak jest potwornie zimno. Zanurzyłam włosy i umyłam ciało jedną kostką mydła, którą dostawałam co miesiąc, by utrzymać się w miarę w czystości.
Kiedy uznałam, że wystarczająco pozbyłam się zapachu Asha, ponownie zanurzyłam ciało pod wodę i szybko się spłukałam. Kiedy upewniłam się, że we włosach nie ma już resztek mydła, wycisnęłam je, upięłam w kok i wytarłam się. Założyłam świeże ubrania, które pachniały letnią bryzą, dokładnie tak samo, jak pachniał letni wiatr, gdy wiał nad jeziorem przy moim dawnym domu watahy. Kiedy byłam już całkowicie ubrana, ruszyłam z powrotem do domu watahy.
Wrzuciłam stare ubrania do kosza na pranie i wstawiłam pralkę, zanim poszłam spać. Kiedy dotarłam do swojego pokoju, rozpuściłam włosy, by wyschły na powietrzu. Położyłam się na swoim małym łóżku polowym, naciągnęłam pikowany koc i zamknęłam oczy do snu, ale zanim zdążyłam zasnąć, usłyszałam głos:
*Witaj, Rylee.*
*Kto mówi?*
*Nazywam się Kaleigh, jestem twoją wilczycą.*
*Witaj, Kaleigh, miło mi cię wreszcie poznać.*
*Przepraszam.*
*Za co?*
*Za ból i cierpienie, przez które przeszłaś. Badałam twoje wspomnienia i boli mnie, gdy widzę, ile udręki zniosłaś.*
*Nic się na to nie poradzi.*
*Ale płynie w nas krew Alfy.*
*I na razie niech to zostanie między nami.*
*Rylee?*
*Tak, Kaleigh?*
*Przejdziemy przez to. Razem. Jestem tu teraz dla ciebie.*
*Dziękuję. Dobrze jest wiedzieć, że mam teraz w życiu chociaż jedną prawdziwą przyjaciółkę.*
*Jesteśmy kimś więcej niż przyjaciółkami, jesteśmy rodziną.*
Uśmiechnęłam się na jej słowa i zapadłam w sen. W końcu miałam swoją wilczycę, a teraz nadszedł czas, by przejąć kontrolę nad swoim życiem. Ale najpierw musiałam przetrwać tę cholerną ceremonię Alfy dla Asha. Bleh.
Kiedy obudziłam się następnego ranka, ledwie świtało, ale musiałam się uszykować i przygotować śniadanie. Usiadłam na moim łóżku polowym i zdałam sobie sprawę, jak gówniany będzie dzisiejszy dzień. Tyle, jeśli chodzi o radość z moich urodzin. Wstałam, spięłam włosy w wysoki kucyk i ruszyłam do łazienki dla gości, by umyć twarz i wyczyścić zęby. Spojrzałam w lustro na patrzącą na mnie dorosłą już kobietę i uśmiechnęłam się. W końcu wkroczyłam w dorosłość, mimo że nie będę mogła tego świętować.
Po załatwieniu porannych potrzeb odłożyłam swoje rzeczy z powrotem do pokoju, a następnie poszłam do kuchni. W drodze złapałam zapach czegoś bardzo aromatycznego i kuszącego. Co to za niesamowity zapach? – pomyślałam. Poszłam za tym zapachem, a on zaprowadził mnie po schodach na czwarte piętro, prosto do pokoju Asha. Wpatrywałam się w drzwi i jedyną myślą, jaka przyszła mi do głowy, było całkowite obrzydzenie.
Ash jest moim przeznaczonym. Dlaczego Bogini Księżyca zrobiłaby coś tak okrutnego? Nienawidziłam tego faceta, nienawidziłam jego, jego rodziców, całej tej watahy. Nie ma lepszego momentu niż teraz. Byłam już przygotowana na odrzucenie i tymczasowy ból serca, który będzie z nim związany, ale wiedziałam, że sobie poradzę. Ja i Kaleigh damy sobie radę. Wzięłam głęboki oddech i miałam właśnie zapukać do drzwi, kiedy usłyszałam z wewnątrz jęki i chichoty. Ash miał w środku ze sobą inną wilczycę. Ledwie wzeszło słońce, a on już p*******ł jakąś dziwkę z watahy. Wzięłam się w garść, przygotowałam na widok nagich ciał i zapukałam do drzwi,
– Kto tam?! – usłyszałam jego jękliwy głos.
– To Rylee.
– Ugh! Spadaj s***o! – usłyszałam dziwkę, którą p*******ł.
– Zamknij p***ę i po prostu ssij mojego k****a! – wrzasnął na nią. – Wejdź, Rylee – powiedział. Wzięłam kolejny głęboki oddech i otworzyłam drzwi.