(PERSPEKTYWA JAREDA)
Wszedłem po schodach, wzrok utkwiony w pana Langleya, byle tylko nie musieć z nikim innym rozmawiać. Nie mogłem ufać matce w takich sytuacjach. Miała dar wciągania mnie w niespodziewane konwersacje.
– Panie Langley – zawołałem, wchodząc na pokład jachtu.
Był pochłonięty rozmową z mężczyzną, którego uznałem za żeglarza.
– Ach, Jared. Chodź tu, synu – gestem ręki zaprosił mnie d






