

Autor: Nova Blue
Lyanna czekała rok, aż jej przeznaczony partner, Corbin, powróci z brutalnej wojny przeciwko Likanom. Marzyła o ich ponownym spotkaniu, lecz mężczyzna, który przekroczył bramy, nie był tym samym ukochanym, którego zapamiętała. Przyprowadził ze sobą Zirę – piękną kobietę spodziewającą się jego pierwszego dziecka. Wymówka Corbina? Czuł się „samotny” na polu bitwy. Podczas gdy serce Lyanny rozpada się na kawałki, traktat pokojowy sprowadza na watahę Aureliańskiego Kła nowy cień: Zareka, potężnego nowego Alfę Likanów. Jest on synem mężczyzny, którego zabił Corbin, i obrał sobie za cel bardzo konkretną nagrodę. Gdy Corbin próbuje uczynić z Lyanny swoją opcję „zapasową”, Zarek wkracza, by upomnieć się o odrzuconą partnerkę dla siebie. Czy Lyanna odnajdzie ukojenie w ramionach największego wroga swojej watahy?
Lyanna wyglądała dziś rano olśniewająco, stojąc u boku Luny Roweny i Alfy Garricka przy głównej bramie watahy Aureliańskiego Kła.
Za nimi kłębił się tłum ludzi, oczekujących na powrót członków swoich rodzin, którzy wyruszyli na wojnę przeciwko likanom.
— Widzę ich — szepnęła Luna Rowena, chwytając dłoń Lyanny tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie. Jej oczy wezbrały łzami szczęścia, podobnie jak oczy Lyanny. Na twarzy dziewczyny malowała się mieszanina zdenerwowania i radosnego wyczekiwania.
Nie mogła się doczekać, aż zobaczy swojego partnera.
Tak, to prawda. Była przeznaczoną partnerką Corbina. Główną bohaterką dzisiejszego wydarzenia i przyszłą Luną tej watahy.
— Tak, ja też ich widzę, matko — odpowiedziała Lyanna, mocno ściskając dłoń Roweny. Trzymały się siebie nawzajem, szukając oparcia, podczas gdy fala ulgi i radości zalewała ich serca.
Lyanna była sierotą, więc kiedy Luna Rowena pozwoliła jej nazywać się „matką”, był to najpiękniejszy moment w jej życiu. Ustępował on jedynie chwili, w której po raz pierwszy spotkała Corbana i oboje zdali sobie sprawę, że są sobie przeznaczeni.
— Tam! To Corbin! — Lyanna wskazała palcem na tłum, który miarowo się do nich zbliżał. Ostre słońce świecące im w plecy tworzyło przed nimi długie cienie. Corban prowadził około tysiąca wojowników.
Gdyby tylko mogła, Lyanna podbiegłaby do Corbina i rzuciła mu się w ramiona. Rok rozłąki dla nowo odnalezionych partnerów był wiecznością, zwłaszcza że Corbin wyruszył na pole bitwy zaledwie dwa tygodnie po tym, jak się poznali.
Od tamtej pory ich jedynym kontaktem były listy. Było ciężko, ale w końcu im się udało – a przynajmniej tak myślała Lyanna.
Nie mogła jednak ulec impulsowi; wokół było zbyt wielu ludzi, a jako przyszła Luna watahy musiała dbać o nienaganne zachowanie.
Kiedy długa kolumna dotarła na miejsce, Corbin zsiadł z konia i podszedł prosto do ojca, by zameldować wykonanie zadania.
— Jestem z ciebie taki dumny — powiedział Alfa Garrick, ściskając syna, podczas gdy tłum wiwatował głośno. Chwilę później inni zaczęli witać swoich bliskich.
— Matko — zawołał Corbin, a Luna Rowena przytuliła syna z całej siły. Płakała, powtarzając, jak bardzo za nim tęskniła i jak cieszy się, że widzi go całego i zdrowego.
W międzyczasie Lyanna z drżeniem serca czekała na swoją kolej. Czuła się oszołomiona faktem, że nie musi już na niego czekać ani wypatrywać listów, bo on już tu był. Jej partner. Mieli spędzić resztę życia razem – a przynajmniej taką miała nadzieję.
Kiedy wreszcie nadeszła jej kolej, podeszła do niego z otwartymi ramionami, gotowa go objąć, ale Corbin cofnął się, unikając dotyku i uciekając wzrokiem.
Lyanna zamarła, widząc jego reakcję. Jej ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Musiała włożyć całą siłę w to, by nie wybuchnąć płaczem, gdy Corbin jedynie skinął jej głową w zdawkowym geście, jakby starał się nie dostrzegać jej obecności. Serce Lyanny gwałtownie zamarło.
Dlaczego był tak chłodny i zdystansowany teraz, gdy w końcu znowu się spotkali?
— Ja... tak bardzo się cieszę, że cię widzę — wykrztusiła cicho. Czuła się upokorzona, cofając się o krok, by znów stanąć przy Lunie Rowenie. Nie chciała, by inni widzieli jej rozpacz i pomyśleli, że desperacko zabiega o uwagę, skoro nie otrzymała od własnego partnera czułego powitania, na jakie zasługiwała.
— Cieszę się, że wróciłem — odparł Corbin szorstkim tonem, ale jego oczy na ułamek sekundy pociemniały, gdy na nią spojrzał. W jego spojrzeniu malował się ból i dyskomfort. Po chwili odwrócił się i ujął dłoń kobiety, która najwyraźniej stała tuż za nim.
Kobieta miała długie, rude włosy opadające kaskadą na plecy i niebieskie oczy. Była uderzająco piękna i pociągająca.
Lyanna wcześniej jej nie zauważyła, bo widziała tylko Corbina. Ale kiedy on przedstawił tę piękną nieznajomą, jej instynkt w końcu podpowiedział jej, że coś jest bardzo nie tak.
Serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła, jak Corbin mocniej ściska dłoń tamtej kobiety, przeplatając ich palce.
— Ojcze, matko, to jest kobieta, o której wspomniałem w liście — powiedział Corbin. Wciąż odmawiał spojrzenia w stronę Lyanny. Udawał, że jego partnerka jest niewidzialna, choć było aż nazbyt jasne, jak bardzo jej obecność go uwiera.
Kobieta?
Lyanna próbowała sobie przypomnieć, czy Corbin kiedykolwiek wspomniał o jakiejś kobiecie w listach, ale nie mogła odnaleźć w pamięci niczego podobnego.
— Kto to jest? — Pytanie padło z jej ust, zanim zdążyła je przemyśleć. Luna Rowena natychmiast chwyciła ją za rękę i uśmiechnęła się smutno.
— Wróćmy najpierw do Księżycowego Sanktuarium i porozmawiajmy o tym później, dobrze? Corbin musi być wykończony — powiedziała Rowena łagodnym, matczynym tonem, nie dając Lyannie innego wyboru, jak tylko się zgodzić.
Zanim odeszły, Lyanna zerknęła przez ramię i zobaczyła, jak Corbin spuszcza głowę ze wstydem pod surowym spojrzeniem ojca. Alfa Garrick wyglądał na wściekłego, a duma na jego twarzy dawno ustąpiła miejsca gniewowi.
— Co się dzieje? — zapytała Lyanna Lunę Rowenę. Czuła, że coś przed nią ukrywają, i nie rozumiała, dlaczego Corbin trzyma za rękę inną kobietę, jednocześnie nie chcąc jej uznać. — Matko, kim jest ta kobieta?
Luna Rowena tylko pokręciła głową, prowadząc Lyannę z powrotem do Księżycowego Sanktuarium. Planowano tam przyjęcie powitalne dla wszystkich wojowników, którym udało się wrócić z długiej wojny; jutro miał odbyć się pogrzeb tych, którzy zginęli.
— Porozmawiamy o tym później — powtarzała w kółko Rowena.