Ostatni etap naszej podróży wiedzie przez Góry Błękitne. Jest przepięknie i ogromnie się cieszę, że znów jestem w Appalachach. Docieramy wreszcie na ostatni przystanek. Chwytamy bagaże i wysiadamy.
– Wilczym biegiem do granic watahy mamy jakieś dwie godziny – informuje mnie Eli.
– Wspaniale! Maia umiera z tęsknoty za rozprostowaniem kości.
Jemy szybki lunch, a potem, jeszcze przed przemianą, zagłę






