

Autor: Aeliana Moreau
Kiedy Alcee Mariani kończy dwadzieścia jeden lat, wie, że jej czas się kończy. Jej rodzina zaaranżowała jej małżeństwo, gdy miała dwanaście lat, z przyszłym Donem rodziny Lozano, Torquato "Grizzly" Lozano. Plotka głosi, że jest zimny, okrutny i bez serca, a do tego jest od niej starszy o całe dziesięć lat. Sprzedaż swojego dziewictwa online to pewny sposób, by upewnić się, że Grizzly anuluje umowę, a kiedy informuje ojca, że sprzedała je temu, kto zaoferował najwięcej i nigdy nie poznała jego prawdziwego imienia, kontrakt zostaje zerwany, ale kończy się również jej związek z własną rodziną. Sześć lat później nie jest już cenioną principessą rodziny Mariani, ale samotną matką pięcioletniego chłopca, który jest uderzająco podobny do mężczyzny, któremu sprzedała swoją niewinność. Torquato Lozano od prawie sześciu lat szuka kobiety, która wystawiła go do wiatru po niesamowitej nocy namiętności. Kiedy natyka się na nią w nowo zakupionej firmie, gdzie pracuje jako informatyk, jest oszołomiony, gdy dowiaduje się, że to kobieta, z którą jego rodzina zaaranżowała mu małżeństwo wiele lat temu. Przegląd jej akt ujawnia, że nie odeszła z ich spotkania tamtej nocy z pustymi rękami. Jej mały chłopiec jest jego wierną kopią, aż po jego ogromne rozmiary. Kiedy rodzina Alcee zdaje sobie sprawę, że traci lukratywny sojusz finansowy, którego powinna być częścią, rozpoczyna się wojna. Z wrogami pojawiającymi się na każdym rogu, Alcee i Torquato będą musieli puścić przeszłość w niepamięć i współpracować, aby utrzymać syna przy życiu. Ich pasja odżyje, gdy będą starali się zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie i stworzyć nową siłę, która przejmie nowojorski świat przestępczy.
Alcee obudziła się z drgnięciem i chwyciła za klatkę piersiową, gdy głośny huk przewracanych mebli zmusił ją do gwałtownego siadu.
Wrzeszczenie w sąsiednim pokoju łączyło się z odgłosem świszczących w powietrzu pięści, więc czym prędzej wygrzebała się z łóżka. Szukając po omacku ubrań i trencza, w których przyszła do tego pokoju hotelowego, pomyślała, że odzienie wraca na jej ciało ze znacznie większą skwapliwością, niż jej wczorajszy kochanek je z niej zdejmował.
Dźwięk błagań jednego mężczyzny, by drugi go nie zabijał, sprawił, że włosy stanęły jej dęba. Rozglądając się gorączkowo, wiedziała, że z sypialni do głównych drzwi hotelowych prowadzi tylko jedno wyjście, ale patrząc na przesuwne drzwi balkonowe, zastanawiała się, czy balkon łączy się z tym drugim pokojem, przez który przeszła ubiegłej nocy.
Chwytając w dłonie telefon, torebkę i buty, na palcach podkradła się cicho na balkon, wzdrygając się, gdy rozległ się nieomylny, przytłumiony dźwięk wystrzału. Znała ten głuchy trzask równie dobrze, jak to, że nosiła nazwisko Mariani.
– Kurwa, kurwa, kurwa, Alcee, ty idiotko! – jęknęła do siebie, wychodząc na taras. Słońce zaledwie przebijało się nad horyzontem, a widok zapierałby dech w piersiach, gdyby nie fakt, że prawdopodobnie właśnie usłyszała, jak kogoś mordują w sąsiednim apartamencie. – Błagam, niech to tylko nie będą ludzie taty.
Zrozpaczona wychyliła się przez barierkę i oceniła wysokość, na której się znajdowała, w duchu karcąc się za to, że w ogóle zasnęła. Odwracając się, by przemknąć wzdłuż chłodnego betonu balkonu, zajrzała przez szczelinę w zasłonach do środka i zobaczyła mężczyznę, z którym spędziła noc; właśnie odkręcał tłumik od pistoletu, który trzymał w dłoni, i wpatrywał się ponuro w ciało na podłodze.
W ogóle go nie rozpoznawała i, omiatając wzrokiem pomieszczenie, musiała przyznać, że nawet trzej inni mężczyźni, którzy klęczeli przed jej kochankiem, oraz dwaj kolejni, górujący nad nimi, również byli jej obcy. Nie było tak, że znała wszystkich ludzi swojego ojca, ale gdyby ktoś miał po nią przyjść, by zaciągnąć jej żałosny tyłek z powrotem, wysłałby kogoś znajomego.
Co oznaczało, że tkwiła w pokoju hotelowym z mężczyzną, który w ciągu ostatnich kilkunastu minut popełnił morderstwo, a ona była tego świadkiem i gdyby jej ojciec się o tym dowiedział, zarządziłby likwidację całej tej grupy. Nie żeby dożyła tego widoku, gdyby wcześniej odkrył, co zrobiła, zanim uciekła. Albo gorzej, gdyby mężczyzna z sąsiedniego pokoju po prostu zdecydował się pozbyć świadka, którego przeleciał zeszłej nocy.
Rozejrzała się ponownie i skrzywiła, spojrzawszy w górę. Znajdowali się w apartamencie na najwyższym piętrze. Mężczyzna, który zeszłej nocy kupił jej dziewictwo za okrągły milion, żył z rozmachem. Upuściła trencz, uznając, że jeśli będzie musiała wspiąć się na zadaszenie balkonu i spróbować dostać się na dach hotelu, nie zdoła tego zrobić w długim płaszczu. Wtedy jej wzrok ponownie padł na przepaść i już wiedziała, że nie ma mowy, by zdołała zejść z tego balkonu.
Musiała znaleźć inną drogę. Była nerdką, a nie sportsmenką, i wspinaczka po budynku na dach na pewno doprowadziłaby ją do śmierci; a przecież nie po to śmiało sprzeciwiła się ojcu i dziadkowi, oddając dziewictwo nieznajomemu, zamiast mężczyźnie, z którym zaręczono ją, gdy była nastolatką, by zginąć, spadając z budynku.
– Niezła robota, Alcee – mruknęła pod nosem – udało ci się uciec od rodziny Mariani tylko po to, by głupio wylądować w łóżku z mordercą. Kurwa. – Kopnęła krzesło, a potem wzdrygnęła się, gdy metal zazgrzytał o betonową podłogę tarasu i ze stukotem uderzył o szklane drzwi.
Kiedy drzwi tarasowe się rozsunęły i jej wczorajszy kochanek wychylił głowę, natychmiast skuliła się na drugim krześle. Bruno był zabójczo przystojny i niewiarygodnie potężny. Lekko licząc, mierzył ze dwa metry, ramiona miał szerokie jak u obrońcy, a jego stopy były dwa razy dłuższe od jej własnych. Jej ciało zacisnęło się na wspomnienie tego, co jeszcze było w nim gigantyczne, i przeszły ją dreszcze. Gdyby nie była w tym momencie tak przerażona, rozchyliłaby nogi niczym Mojżesz rozstępujący morze.
– Co tu robisz?
– Oglądam wschód słońca – z lękiem odpowiedziała mu spojrzeniem, przełykając przerażenie, które gotowało się w jej trzewiach niczym fermentujący zakwas. – Zamierzałam wyjść, ale wygląda na to, że masz gości. – Jej dłonie wyraźnie drżały.
– Aya – wypowiedział miękko jej fałszywe imię, klękając przed nią. Jego dłoń odgarnęła ciemny lok z jej czoła, po czym chwyciła jej palce. – Powinnaś jeszcze spać. Nie zmęczyłem cię wystarczająco?
Pokręciła głową, nie mogąc spojrzeć mu w oczy. – Ty, um, słychać było krzyki, a ja nie lubię konfrontacji, więc wyszłam tutaj, dopóki wrzaski nie ucichły.
– Zajrzałaś przez okno? – Wskazał miejsce, z którego przed chwilą wyszedł.
– Nie. Wyszłam tu, gdy tylko krzyki stały się naprawdę głośne, i po prostu sobie siedziałam. – Oparła brodę na kolanach i modliła się, by kupił jej historyjkę.
– Dobra dziewczynka. – Pochylił się do przodu i pocałował ją w czoło. – Bardzo bym chciał, żebyśmy znów się spotkali, ale nie będę mógł tego zrobić, jeśli będziesz wtykać nos w nieswoje sprawy.
– Rozumiem, Bruno – szepnęła, wykrzywiając usta.
– Jesteś tak cholernie piękna – szepnął, pochylając się bliżej i gładząc ją po policzku. Jego oczy miały ciepły, miodowobrązowy odcień ze złotymi plamkami, i wpatrywały się w jej własne, jakby zaglądał w głąb jej duszy.
Na jego palcach wciąż unosił się zapach prochu strzelniczego, co sprawiło, że jej serce zabiło mocniej ze strachu, ale udała ignorancję, zamykając oczy, gdy jego usta połączyły się z jej wargami.