

Autor: Aeliana Moreau
"Jesteś absolutnie moją pieprzoną kobietą, Dani. Rozumiesz?" Zacisnęłam oczy. "Dani," naciskał. "Rozumiesz mnie?" "Nie, Austin, nie rozumiem," przyznałam, zaciągając mocniej szlafrok i siadając. "Mylisz mnie." Przeciągnął dłońmi po twarzy. "Powiedz mi, co ci chodzi po głowie." Westchnęłam. "Jesteś wszystkim, przed czym ostrzegali mnie rodzice. Jesteś tajemniczy, ale i szczery. Czuję się przy tobie całkowicie bezpieczna, ale jednocześnie przerażasz mnie bardziej niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek znałam. Jesteś złym chłopcem, ale kiedy spotykałam się z tak zwanym dobrym chłopcem, okazał się diabłem, więc, tak, nie rozumiem cię, bo nie jesteś tym, czego się spodziewałam. Doprowadzasz mnie do szaleństwa bardziej niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek spotkałam, ale jednocześnie sprawiasz, że czuję się kompletna. Czuję rzeczy, których nie do końca wiem, jak przetworzyć, a to sprawia, że chcę uciec. Nie chcę rezygnować z czegoś, co może być naprawdę, naprawdę dobre, ale też nie chcę być głupia i zakochać się w chłopaku tylko dlatego, że jest super przystojny i sprawia, że dochodzę." Danielle Harris jest córką nadopiekuńczego komendanta policji i wiodła dotychczas spokojne życie. Jako nauczycielka w przedszkolu, jest tak daleka od świata Harleyów i motocyklistów, jak to tylko możliwe, ale kiedy zostaje uratowana przez seksownego i niebezpiecznego Austina Carvera, jej życie zmienia się na zawsze. Chociaż Austin "Booker" Carver jest zauroczony niewinną Dani, próbuje trzymać córkę komendanta policji na dystans. Ale kiedy pojawia się zagrożenie z nieoczekiwanego źródła, odkrywa, że zakochuje się mocno i szybko w jedynej kobiecie, która może okiełznać jego dzikie serce. Czy Booker zdoła znaleźć źródło zagrożenia, zanim będzie za późno? Czy Dani w końcu odda swoje serce mężczyźnie, który jest wszystkim, przed czym ją ostrzegano?
Danielle
Wpatrywałam się w deskę rozdzielczą, siłą woli próbując zmusić kontrolkę silnika, by przestała świecić tym piekielnym, czerwonym blaskiem. Nie miałam zielonego pojęcia, jak znalazłam się w tym miejscu, co z kolei oznaczało, że nie miałam też zielonego pojęcia, jak znaleźć wjazd na autostradę, żeby wrócić do domu. – Jesteś idiotką, Dani – szepnęłam do siebie.
Jakby z misją od samego diabła, moja honda z dziewięćdziesiątego dziewiątego roku zadygotała, po czym strzeliła z rury wydechowej i zwolniła do żółwiego tempa, podczas gdy ja pełzłam przed siebie jakąś nieokreśloną, boczną uliczką. To, dlaczego Portland nie miało lepszego oznakowania, przechodziło moje ludzkie pojęcie.
Podskoczyłam, gdy w ciszy samochodu rozdzwonił się mój telefon. Nie patrząc na ekran – bo tak naprawdę starałam się nie zginąć w jakimś zapomnianym miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłam – otworzyłam klapkę. – Halo? – szepnęłam.
– Dlaczego szepczemy? – odszepnęła Kim, moja najlepsza przyjaciółka od ponad dziesięciu lat.
Odchrząknęłam i wzięłam głęboki oddech. – Chyba się zgubiłam, a mój głupi samochód nie pojedzie szybciej niż dziewiętnaście mil na godzinę.
– Czyli bez zmian – rzuciła żartobliwie. – Jak minęła randka?
– Do bani.
– Aż tak źle? – zapytała.
– Wyrywanie mi gałek ocznych przez wrony, podczas gdy ktoś wyrywałby mi paznokcie jeden po drugim, byłoby znacznie przyjemniejszym rodzajem zła – wycedziłam.
– Fuj, przykro mi, kochana – współczuła Kim. – Zostałaś i zjadłaś z nim kolację?
– Nie. Przetrwałam jednego drinka i przystawkę, a potem udałam, że ktoś dzwoni. Poważnie, Kimmie, facet był palantem.
– Więc randki w sieci nie są dla ciebie?
– Randkowanie w ogóle nie jest dla mnie.
Kim zachichotała. – Gdzie jesteś?
– Nie mam pojęcia – przyznałam. – Chyba gdzieś w Arbor Lodge?
– Jasna cholera, dziewczyno, nie chcesz się tam zgubić, kiedy jest już prawie ciemno.
– Dzięki, Kapitanie Oczywista. – Pochyliłam się do przodu, żeby lepiej widzieć przez przednią szybę. – Jest tu całkowicie pusto, a ulica nie ma żadnej tabliczki, z tego, co widzę.
– Co jest wokół ciebie?
– Nic. – Zmrużyłam oczy, próbując dojrzeć światło przede mną. Okolica była mocno komercyjna, więc nie byłam pewna, jakie firmy mogą być otwarte po ósmej w środowy wieczór. – Chyba coś widzę. Szlag. Soczewki mnie dobijają.
– Zjedź na pobocze i je zdejmij, głuptasie. Masz przy sobie okulary, prawda?
– Ta, ale nie chcę się zatrzymywać, Kimmie... co jeśli nie będę mogła znowu ruszyć?
– A co jeśli nie będziesz widziała, w co za chwilę uderzysz?
– Przestań być taka logiczna – wycedziłam.
Kim westchnęła. – Proszę, Dani, uważaj na siebie. Zjedź na pobocze, załóż okulary i zadzwoń do brata.
– Dobra. Zjeżdżam. Czekaj. – Kierując samochód do krawężnika, wrzuciłam bieg na parking. – Okej. Rozłączę się i zadzwonię do Elliota.
– Dobrze. Zadzwoń do mnie, kiedy...
Telefon zamilkł.
– Szlag. – Poświęciłam sekundę, by wyjąć soczewki i wsunąć na nos okulary, zanim zerknęłam w boczne lusterko i ponownie wrzuciłam bieg. – Okej, staruszko, proszę, zabierz mnie gdzieś, gdzie znajdę telefon. – Znowu wyjechałam na ulicę i przetoczyłam się około trzystu stóp, zanim z mojego samochodu dobiegł warkot, syk i silnik zgasł. – Okej. Jest okej – mruczałam do siebie. – Byłyśmy tu już, dziewczyno. Dasz radę. – Przekręciłam kluczyk w stacyjce i choć rozrusznik kręcił, nie mogłam w pełni odpalić. Spróbowałam ponownie, udało mi się zapalić, ale zaledwie zjechałam trochę bardziej na pobocze, gdy zgasł... znowu. – Nie, nie, nie, nie! – Ponownie przekręciłam kluczyk, ale bez powodzenia, więc wrzuciłam na parking.
Chwytając torebkę z podłogi, pogrzebałam w niej w poszukiwaniu ładowarki do telefonu. Znalazłam ją i wpięłam do zapalniczki, mając nadzieję, że uzyskam wystarczająco dużo mocy, by zadzwonić do brata. Wciskałam każdy przycisk na telefonie w nadziei na jego ponowne uruchomienie, ale przez ostatnie kilka tygodni tracił baterię coraz szybciej, a teraz był oficjalnie martwy. – Niech to szlag!
Oparłam głowę na kierownicy i poświęciłam chwilę na rozczulanie się nad sobą, wyobrażając sobie nagłówek w wiadomościach o szóstej: „Młoda kobieta zamordowana po tym, jak jej samochód zepsuł się w podejrzanej dzielnicy Portland. To zaskakujące, zważywszy że pochodzi z rodziny wybitnych stróżów prawa. Kolejna statystyka? Na to wygląda.”
Nie jestem do końca pewna, jak długo siedziałam w moim zepsutym samochodzie, wyobrażając sobie własne morderstwo i śmierć, zanim pukanie w szybę sprawiło, że pisnęłam ze strachu. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam niezwykle przystojnego mężczyznę pochylającego się z seksownym uśmiechem na twarzy. Wysoki, z ciemnymi włosami, niebieskimi oczami i twarzą, którą można było opisać tylko jako piękną, wyglądał trochę jak Charlie Hunnam z pełną brodą i kolczykiem w nosie. Miał na sobie parę wyblakłych dżinsów, które wyglądały, jakby były na niego szyte, a także białą, dopasowaną koszulkę termiczną, która aż nazbyt dobrze eksponowała jego muskularną klatkę piersiową, przez co moje serce zabiło szybciej, a oddech uwiązł w gardle. Czarna skórzana kurtka, która cementowała jego cholernie seksowny wygląd, dopełniała całości.
Opuściłam szybę do połowy... nie mógłby mnie zabić, gdyby mógł tylko włożyć palce do środka, prawda?
– Zgubiłaś się, skarbie? – zapytał.
Jego głos obmył mnie, a ja wierciłam się na siedzeniu, starając się nie westchnąć na ten lekki południowy akcent. – Yyy, tak. Trochę.
– To niezbyt ciekawa część miasta dla ładnej dziewczyny na gubienie się. – Wyprostował się, krzyżując ramiona. – Ktoś po ciebie przyjedzie?
Zacisnęłam powieki i pokręciłam głową. – Zarówno mój samochód, jak i telefon padły. Więc to byłoby jedno wielkie nie.
– W porządku. Dlaczego nie pójdziesz ze mną?
– Nie, nic mi nie jest.
Znów się uśmiechnął. – Skarbie, plac mojego klubu jest tuż za rogiem. Poproszę kilku moich braci, żeby przepchnęli twój samochód na parking, gdzie będzie bezpieczny, a jutro będziemy mogli ci go naprawić. W międzyczasie będziesz mogła uciec przed zimnem i albo gdzieś zadzwonić, albo odwiozę cię do domu.
Przygryzłam wargę i rozważałam swoje opcje. Zdecydowane prawdopodobieństwo śmierci głodowej i z wyziębienia przed rankiem albo potencjalne morderstwo przez najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziałam, to w zasadzie wszystko, co przyszło mi do głowy.
– Nikt cię nie skrzywdzi, jeśli tego się obawiasz – obiecał.
– Chciałabym, żeby to sprawiło, że poczuję się lepiej – przyznałam. – To znaczy, zastanawiam się, ile kobiet odeszło z jakimś wysokim, wspaniałym mężczyzną, bo powiedział, że ich nie skrzywdzi, tylko po to, by zostać zamordowanymi? Tak totalnie zamordowanymi. Nigdy się nie dowiemy, prawda? Bo one nie żyją. Mam na myśli takie martwe martwe, nie trochę martwe, tylko bardzo martwe.
Jego usta zadrżały na sekundę, zanim wybuchnął śmiechem. – Masz rację, skarbie, ale jeśli będziesz ze mną, nikt cię nie ruszy.
– Włączając w to ciebie?
Spoważniał, ale w jego oczach wciąż iskrzyło rozbawienie. – Jeśli tego właśnie chcesz.
Podniosłam z powrotem szybę i chwyciłam torebkę oraz kluczyki. Miałam przeczucie, że pożałuję tego nagłego zaufania, które do niego poczułam, ale tak naprawdę nie miałam wielkiego wyboru, mogłam tylko pozwolić mu sobie pomóc, więc odblokowałam drzwi i wyszłam z samochodu.
Przytrzymał je dla mnie i zatrzasnął, gdy już znalazłam się na chodniku. Zamknęłam je, zanim to zrobił, nie żeby to miało znaczenie... nikt nie ukradłby takiego rzęcha jak mój, a nie trzymałam w nim nic wartościowego.
Odkąd wyszłam z restauracji, wiatr przybrał na sile, więc otuliłam się szczelniej płaszczem, gdy szliśmy ulicą. – Tak przy okazji, jestem Danielle. Yyy, w sumie to Dani.
– Booker.
– Miło mi cię poznać, panie Booker.
– Po prostu Booker.
– Och. Okej.
Uśmiechnął się.
– Wspomniałeś o placu swojego klubu. – Zmarszczyłam brwi. – Co to za plac?
– To nasze złomowisko i parking holowniczy. Mamy inne firmy w innych lokalizacjach – powiedział ogólnikowo. – Możemy odholować, naprawić albo zbudować wszystko, co ma silnik.
Skinęłam głową. – I powiedziałeś „klubu”. Zakładam, że to nie kółko krawieckie, prawda?
Booker się uśmiechnął. – Klub motocyklowy.
Zatrzymałam się. Zajęło mu chwilę uświadomienie sobie, że nie ma mnie już u jego boku, co dało mi częściowy widok na tył jego kurtki. Psy czegoś tam. Psy Cudów? Nie, to nie mogło być to... twardziel na motocyklu nie miałby „Psów Cudów” na plecach swojej kurtki.