Hector i Lambert byli już wcześniej na polu bitwy, obaj jako chiliarchowie, dowodzący tysiącami żołnierzy. Otaczała ich dzika aura i byli niezwykle apodyktyczni.
Ich lodowate słowa były przepełnione morderczymi zamiarami, przez co rodzina Labenz zgromadzona w sali konferencyjnej poczuła przeszywający chłód. Labenzowie czuli się, jakby wpadli do lodowni i drżeli.
– To wszystko wina tego cholernego






