

Autor: Avelon Thorne
Aysel była niegdyś ukochaną dziedziczką Stada Moonvale—bystrą, sprytną i niedotykalną. Jednak jedna zdrada zniszczyła jej świat. Jej rodzina stała się zimna, rodzeństwo stało się obce, a jej życie zamieniło się w klatkę pogardy. Tylko Damon, Alfa ze Wschodu, wydawał się lojalny—dopóki nie usłyszała, jak śmiał się w czyichś ramionach: "Aysel? Niechciana córka Alfy. Nigdy jej nie kochałem.” Dwie dekady zaufania zniszczone w jednej chwili. Aysel przysięgła: to, co nie jest jej, odbierze—albo zniszczy. Rodzina, kochankowie, przyjaciele—nikt nie ucieknie jej gniewowi. Wtedy pojawił się Magnus Sanchez, Alfa Stada Shadowbane—najpotężniejszy, najgroźniejszy i najbardziej tajemniczy Alfa na kontynencie. Znalazł złamanego wilczego szczeniaka zagubionego w świecie, który ją porzucił. Razem wytyczyli krwawą ścieżkę przez rywalizujące stada, a blizny i krew przypieczętowały ich oddanie. Nieustraszona i nieokiełznana, Aysel podąży za Magnusem nawet do piekła—ponieważ był jedynym, który naprawdę do niej należał.
Perspektywa Aysel
Sala Księżycowego Światła lśniła.
Wilki z każdej linii krwi kłaniały się z czcią, a ich oddechy drżały, gdy w nocy rozbrzmiewały grzmiące bębny Ceremonii Luny.
A ja stałam w samym środku tego wszystkiego – bosa, spowita w biały księżycowy jedwab, ze słabo jarzącym się świętym znakiem na nadgarstku.
Za kilka oddechów miałam wypowiedzieć słowa, które splotą moją duszę z Alfą Damonem, dziedzicem Stada Blackwood – najsilniejszym Alfą, jakiego wschodnie królestwo widziało od stulecia.
Mój głos miał przypieczętować naszą więź.
Moja przysięga miała ukoronować mnie na Lunę.
A całe stado miało klęknąć przede mną.
Ale los – nie, moja przybrana siostra Celestine Ward – zawsze znajdowała sposób, by sprawić, żebym krwawiła.
"Aysel Vale", zaintonował Najwyższy Kapłan, a jego głos odbił się echem wśród marmurowych łuków. "Wystąp naprzód i złóż przed Księżycową Boginią swoją przysięgę Alfie."
Tak też zrobiłam.
Jedwab mojej sukni zaszumiał cicho po podłodze, gdy stanęłam twarzą w twarz z Damonem. Jego srebrne oczy spotkały się z moimi, łagodniejsze niż zapamiętałam, a jednak odległe – jakbym była czymś, co już posiadał i o czym zdążył zapomnieć.
"Ja, Aysel Vale—"
Huk!
Ciężkie dębowe drzwi Sali Księżycowego Światła otworzyły się z trzaskiem.
Knox Draven, dziedzic Stada Ironhowl, wpadł do środka, bez tchu. "Celestine jest ranna!" krzyknął.
Te słowa uderzyły w salę jak błyskawica.
Śpiewy ustały.
Księżycowy ogień przygasł.
Nawet sama bogini zdawała się wstrzymać oddech.
W samym centrum ołtarza Damon zamarł. Ceremonialna korona w jego dłoniach z brzękiem upadła na podłogę, tocząc się pod moje stopy.
"Co powiedziałeś?" Jego głos był chrypliwy.
"Pani Vale właśnie dzwoniła", wykrztusił Knox. "Celestine została zaatakowana przez wyrzutków. Jest w skrzydle uzdrowicieli. Jest źle."
Sala eksplodowała sapnięciami i szeptami. Starszyzna powstała, wojownicy poruszyli się – ale ja widziałam tylko Damona, który już schodził z ołtarza, już zapominał, że jego Luna stoi przed nim.
Ponieważ Celestine Ward – ulubienica mojego stada, krucha, nieskazitelna przybrana córka – była ranna.
"Damon", powiedziała cicho, a to jedno słowo uwięzło mi w gardle.
Nawet na mnie nie spojrzał.
Sięgnęłam ku niemu, a moje palce drżały pod welonem. "Nie chcesz dokończyć rytuału?"
Odwrócił się nieznacznie, a jego oczy wypełniało coś, co kiedyś brałam za czułość. "Aysel... Celestine mnie potrzebuje. Zaraz wracam."
Zaraz wracam.
Tak jak we wszystkie inne noce, gdy to mówił i nigdy nie wracał.
Uśmiechnęłam się blado. "A co, jeśli cię nie puszczę? Wiesz, że nią gardzę."
Jego spojrzenie stwardniało. "Aysel, to nie jest czas na zazdrość."
Zazdrość.
To zawsze było słowo, którego używał, by mnie uciszyć.
Gdy Celestine mdlała w jego ramionach, a ja czekałam sama w naszych komnatach.
Gdy płakała z powodu swoich snów, a on trzymał ją aż do świtu.
Gdy mówił: "Jesteś moją przyszłością, Aysel", nawet gdy jego oczy śledziły ją na drugim końcu sali.
Teraz stał przed całym stadem i mówił to samo – znowu.
"Moją przysięgę", wyszeptałam drżącym głosem, "składa się tylko raz."
Na twarzy Damona mignęło poczucie winy – ale niewystarczające, by go powstrzymać. "Nie dramatyzuj", powiedział miękko, niemal jakby mnie strofował. "Czekałaś dwadzieścia lat na ten znak Luny. Możesz poczekać jeszcze jedną noc."
Szmery zaczęły się natychmiast:
"Jeszcze nawet nie jest Luną, a on już biegnie do innej wilczycy."
"Być może Księżycowa Bogini zmieniła zdanie."
"Jakie to żałosne – zostać porzuconą w połowie ceremonii."
Ich dźwięk wrzynał się we mnie głębiej niż jakiekolwiek ostrze.
Skylar wystąpiła naprzód, a w jej oczach płonęła furia. "Damon, jesteś jej uzdrowicielem czy przeznaczonym? Za każdym razem, gdy Celestine mdleje, to o ciebie woła! Myślisz, że planuje te swoje ‘ataki’ bez powodu?"
Sapania wypełniły salę.
Oczy Damona pociemniały. "Skylar, wystarczy. Waż słowa."
"Nie", warknęła. "Ty waż swoje, Alfo. Spójrz na swoją Lunę – ona pęka, a ty widzisz tylko Celestine."
Odwrócił się do mnie z zaciśniętą szczęką. "Aysel, zapanuj nad swoją przyjaciółką. Nie pogarszaj sytuacji."
Zapanuj.
Kolejne słowo, którego uwielbiał używać – zapanuj nad gniewem, zapanuj nad tonem, zapanuj nad zazdrością.
A wszystko to, podczas gdy on sam tracił panowanie za każdym razem, gdy Celestine choćby wyszeptała jego imię.
Drżący głos Najwyższego Kapłana przerwał ciszę. "Alfo, jeśli księżyc zajdzie przed jej przysięgą, więź nie będzie mogła—"
"Nie obchodzi mnie to!" ryknął Damon. "Nie pozwolę Celestine umrzeć!"
I tak po prostu wyszedł.
Zostawił mnie stojącą w ruinach mojej własnej koronacji, otoczoną szeptami i złamanymi obietnicami.
Jeden po drugim, wszyscy ruszyli za nim – kapłani, starszyzna, nawet wilki, które przysięgały mi lojalność. Księżycowy ogień przygasł, święta muzyka ucichła, a zapach zmiażdżonych płatków skwaśniał w powietrzu.
Pięści Skylar drżały wzdłuż jej boków. "Powiedz tylko słowo, Aysel. Sprawię, że będzie tego żałował."
Ale ja nie mogłam mówić. Nie mogłam się ruszyć.
Bo przez lata patrzyłam, jak odchodzi.
Za każdym razem, gdy ona płakała, szedł do niej. Za każdym razem, gdy ja krwawiłam, kazał mi to znosić.
I za każdym razem mu wybaczałam.
Ale nie tym razem.
Tym razem patrzyłam, jak odchodzi – i coś we mnie pękło równo na pół.
Kamień komunikacyjny na ołtarzu zamigotał. Po jego powierzchni przepłynęła wiadomość, wyrzeźbiona w kpiącym, srebrnym świetle:
"Przegrałaś."
Celestine Ward.
Otarłam łzy i spojrzałam na Księżycowy Ołtarz – miejsce, gdzie miałam zostać ukoronowana, teraz usłane zdeptanymi płatkami i jego odrzuconymi przysięgami.
Być może straciłam dziś koronę Luny.
Ale gra jeszcze się nie skończyła.