languageJęzyk

"""Kocham cię, Cami. Ale moim obowiązkiem jest Blackwood, a ta wataha zasługuje na silną Lunę. Odrzucam cię."" Przez osiemnaście lat Camellia była wadliwym sekretem watahy. Podczas gdy wszyscy inni przemieniali się pod pełnią księżyca, ona była latentna – wilkiem uwięzionym w ludzkim ciele, litowanym i pomijanym. Ale wszystko miało się zmienić w jej osiemnaste urodziny, kiedy to Bogini Księżyca w końcu obdarzyła ją partnerem. Jej partnerem był Caspian, przyszły Alfa. Najlepszy przyjaciel jej brata. Chłopak, z którym dorastała. A na oczach całej watahy, roztrzaskał jej duszę. Nie chciał słabej Luny bez wilka, więc odrzucił ją dla władzy. Aby uchronić rodzinę przed politycznymi konsekwencjami, Cami zrobiła jedyną rzecz, jaką mogła: uciekła. Cztery lata później, Cami Sage zbudowała ciche, bezpieczne życie ukryte w odległym ludzkim miasteczku. Bez watah. Bez dramatu. Bez wycia do księżyca. Aż dzwonek w barze zadzwoni, a najbardziej upajający zapach cedru i ozonu wypełni pomieszczenie. Alaric nie jest tylko przejezdnym włóczęgą. Jest prawdziwym Alfą – dojrzałym, niesamowicie potężnym i posiadającym aurę, która wymaga uległości. On wie dokładnie, kim jest Cami, w momencie, gdy na nią spojrzy. Ale w przeciwieństwie do chłopca, który ją złamał, ten potężny Alfa nie dba o to, że jej wilk milczy. On nie chce jej odrzucić. On chce ją posiąść. Ale kiedy twoje serce zostało wyrwane przez przeznaczonego partnera, jak możesz kiedykolwiek zaufać Alfie?"

Pierwszy rozdział

Szorstka wełna ciężkich koców stanowiła mile widzianą odskocznię dla moich nagich ramion, sprowadzając mnie na ziemię, podczas gdy polana wybuchła chaotyczną gorączką przed przemianą. To była noc pełni księżyca – święty, comiesięczny rytuał, podczas którego nasza wataha zrzucała ludzkie skóry, by biec w srebrnym świetle bogini. Przez osiemnaście lat byłam tylko widzem. Opiekunką przy ognisku.

Rzucając stertę koców na pokrytą mchem kłodę w pobliżu ogromnego paleniska, starałam się ignorować ostrą woń adrenaliny i sosny w powietrzu. Krew w każdym z nich wrzała, ich wewnętrzne wilki drapały tuż pod powierzchnią. W każdym oprócz mnie.

– Ostrożnie, dyniu. Zetrzesz materiał, zanim noc w ogóle się zacznie.

Ten głęboki, dudniący głos należał do mojego ojca. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak nadchodzi z Alfą Maksymilianem i Gammą Jasperem u boku. Ta trójka była nierozłączna od dzieciństwa – trio, które wyrosło na niekwestionowaną hierarchię rządzącą naszą watahą.

– Po prostu upewniam się, że nikt nie zmarznie, tato – odpowiedziałam, zmuszając się do uśmiechu, który nie dotarł do moich oczu.

– Wilkołaki nie marzną, fasolko – wtrącił wujek Jasper, opierając się o pień pobliskiego drzewa. Przeczesał dłonią swoje wiecznie rozczochrane włosy, cechę, którą jego córka Celeste niestety odziedziczyła. – Ale szczeniaki docenią dodatkową wyściółkę.

– Nie możesz się doczekać północy, Camellio? – Przeszywające spojrzenie Alfy Maksymiliana spoczęło na mnie. Powietrze wokół niego zawsze wibrowało subtelną wyższością, cichą mocą, która natychmiast budziła szacunek.

– Chyba tak – mruknęłam, kopiąc zabłąkany kamyk w trzaskający ogień.

– Myślę, że moja dziewczynka jest po prostu zdenerwowana – powiedział ojciec, podchodząc bliżej, by objąć mnie solidnym, dającym poczucie bezpieczeństwa ramieniem. Przytulił mnie do swojego boku, chroniąc przed niewypowiedzianą presją watahy. – Ukończenie osiemnastu lat to nie byle jaki kamień milowy.

– W końcu wkracza w dorosłość – zachichotał Alfa, a surowe rysy jego twarzy złagodniały. – Osiemnaście lat oznacza, że bogini wreszcie może zawiązać więź przeznaczenia. Przypuszczam, że jakiś szczęściarz wkrótce się dowie, jak zaciekle Reginald strzeże swojej córki.

Nagła gula urosła mi w gardle, gęsta i dławiąca. Przeznaczony. Samo to słowo sprawiało, że żołądek skręcał mi się w bolesne węzły. Caspian, syn Alfy i najbliższy przyjaciel mojego brata Valeriana, przeszedł pierwszą przemianę krótko po tym, jak skończył szesnaście lat. Valerian poszedł w jego ślady kilka miesięcy później. Nawet Celeste zyskała kły w wieku siedemnastu lat. A ja stałam tu, na progu osiemnastych urodzin, nie czując nawet fantomowego swędzenia pod skórą. Gdyby bogini księżyca połączyła mnie dziś z jakimś wojownikiem, co by zobaczył? Utajoną. Niewypał. Córkę Bety, która nie potrafiła nawet zebrać w sobie siły, by obnażyć pazury.

– Nie pozwól, by milczenie twojego wilka cię przerażało, maleńka – powiedział miękko Alfa Maksymilian, wchodząc w moje pole widzenia. To była ta sama wyświechtana przemowa, której słuchałam od dwóch bolesnych lat. – Camellio Rose Kensington, twój czas nadejdzie. Niektóre z najbardziej zaciekłych duchów po prostu czekają na swoją chwilę.

Ugryzłam się w wewnętrzną stronę policzka na dźwięk mojego pełnego imienia – kwiatowego hołdu od matki, który wydawał się o wiele zbyt delikatny jak na świat zbudowany na kłach i krwi. – Wiem, Alfo.

– Każdy, kto powie inaczej, będzie miał do czynienia ze mną – odparował wujek Jasper, posyłając mi dziki uśmiech. Mój ojciec roześmiał się, mierzwiąc moje niesforne rude loki, aż zaczęły przypominać chaotyczne ptasie gniazdo. Ze złością odepchnęłam jego rękę, a napięcie w mojej piersi zelżało o ułamek. Byli rządzącą elitą, a jednak darzyli mnie zaciekłą, bezkompromisową miłością.

– Koniec tego rozpieszczania – zarządził Alfa, a jego ton znów stał się rzeczowy. – Księżyc jest w zenicie. Ruszajmy. Zbierzemy się tu ponownie po północy na urodzinowy toast.

Gdy trzej mężczyźni rozpłynęli się w cieniach na linii drzew, zalało mnie uczucie głębokiego osamotnienia. Przez kilka następnych godzin polana rozbrzmiewała chórem trzaskających kości i gardłowych wyć. Siedziałam sztywno przy płonącym ognisku, doglądając nieświadomych szczeniąt, podczas gdy reszta mojego pokolenia pędziła przez prastare lasy. Każde wycie w oddali było surowym przypomnieniem o dzikim, nieokiełznanym dziedzictwie, od którego byłam całkowicie odcięta.

Dopiero gdy ogień wypalił się do żarzących się bursztynem węgli, linia drzew zaczęła szumieć. Wataha wracała.

Pojawiali się parami i w małych grupach, powracając do ludzkich postaci z wyuczoną łatwością, a ich skóra była zaczerwieniona od euforii polowania. Wstałam, otrzepując dżinsy z brudu, w chwili gdy tłum się rozstąpił. Moja matka, Madeleine, szła naprzód ramię w ramię z Luną Josephine. Pomiędzy sobą niosły ogromny, trzypiętrowy tort oblany nieskazitelnie białą polewą i ozdobiony misternymi, cukrowymi kwiatami polnymi. Na samym szczycie tkwiły dwie migoczące świeczki – jedynka i ósemka.

– Wszystkiego najlepszego, moja słodka dziewczynko – wyszeptała matka, puszczając swoją stronę tortu, by zamknąć mnie w miażdżącym kości uścisku. Następnie oplotła mnie Luna Josephine, a jej objęcia pachniały wanilią i elegancją z wyższych sfer.

– Niech bogini wynagrodzi twoją cierpliwość przeznaczonym, który będzie całował ziemię, po której stąpasz – mruknęła Luna blisko mojego ucha.

– Czas zdmuchnąć świeczki, dyniu – oznajmił mój tata, wyłaniając się z tłumu wiwatujących członków watahy.

– Jeszcze nie – zganiła go lekko matka, omiatając wzrokiem skraj lasu. – Nie ma Valeriana. Nie będziemy świętować bez twojego brata.

– Pobiegł północną granią z Caspianem i Celeste – dodała Josephine, opierając się o swojego przeznaczonego Alfę.

Cała wataha kręciła się w pobliżu; milcząca, wyczekująca publiczność, wyglądająca dziedzica Alfy i jego świty. Powietrze zgęstniało od oczekiwania. Wtedy rytmiczne chrzęszczenie butów na suchych liściach przerwało ciszę.

Valerian wybiegł z cieni lekkim truchtem, ciężko dysząc. Caspian podążał tuż za nim, a Celeste zamykała pochód.

– Przepraszam! Przepraszam, źle oceniliśmy odległość – sapał mój brat, przeczesując dłonią wilgotne od potu włosy. – Nie zapaliliście świeczek beze mnie, prawda?

Matka posłała mu miażdżące, matczyne spojrzenie. – Czekaliśmy.

Powinnam była się z nim podroczyć. Powinnam była przewrócić oczami i rzucić sarkastyczną uwagę o tym, że zawsze kradnie mi całą uwagę. Ale słowa zamarły mi w gardle.

Nagła, odurzająca fala uderzyła w moje zmysły, kradnąc sam tlen z płuc. To nie był zapach ogniska ani cukrowa słodycz tortu. Był to bogaty, upajający aromat leżakowanego drzewa sandałowego przełamany ostrym, wibrującym uderzeniem ananasa. Zapach ten zignorował moją ludzką logikę, owijając się wokół mojego kręgosłupa niczym żywy prąd elektryczny. Mój utajony wilk, martwy dla świata przez osiemnaście lat, gwałtownie zbudził się do życia, ciskając w moją czaszkę jeden, wstrząsający ziemią rozkaz.

*Przeznaczony.*

Zaparło mi dech w piersiach. Moja głowa odwróciła się gwałtownie w stronę skraju lasu, całkowicie ignorując brata.

W półmroku cieni stał dyszący po biegu Caspian.

Jego klatka piersiowa unosiła się ciężko, ciemne włosy przylegały do czoła. Powoli, jakby zmuszony niewidzialnym łańcuchem wykutym przez samych bogów, odwrócił głowę. Jego spojrzenie przecięło zatłoczoną polanę, omijając rodziców, mojego brata i całą watahę, aż jego oczy z ogromną siłą wpiły się w moje.

Powietrze na polanie zniknęło. Cisza stała się ogłuszająca. Przyszły Alfa naszej watahy – najlepszy przyjaciel mojego brata – patrzył na mnie, a jego tęczówki były szeroko rozwarte z szoku, który odzwierciedlał moje własne, paraliżujące niedowierzanie.

Czytaj