

Autor: Saraya
Nie mogę oddychać. Każdy dotyk, każdy pocałunek Tristana rozpalał moje ciało, topiąc mnie w uczuciu, którego nie powinnam była pragnąć – zwłaszcza tamtej nocy. "Jesteś dla mnie jak siostra." To te słowa ostatecznie mnie złamały. Nie po tym, co się właśnie wydarzyło. Nie po gorącej, zapierającej dech w piersiach, wstrząsającej duszą nocy, którą spędziliśmy spleceni w ramionach. Od początku wiedziałam, że Tristan Hayes to granica, której nie powinnam przekraczać. Nie był kimkolwiek, był najlepszym przyjacielem mojego brata. Mężczyzną, którego potajemnie pragnęłam przez lata. Ale tamtej nocy... byliśmy złamani. Właśnie pochowaliśmy rodziców. A żal był zbyt ciężki, zbyt realny... więc błagałam go, żeby mnie dotknął. Żeby pomógł mi zapomnieć. Żeby wypełnił ciszę, którą pozostawiła śmierć. I zrobił to. Trzymał mnie, jakbym była czymś kruchym. Całował mnie, jakbym była jedyną rzeczą, której potrzebuje, żeby oddychać. A potem zostawił mnie krwawiącą sześcioma słowami, które paliły głębiej niż odrzucenie kiedykolwiek mogło. Więc uciekłam. Z dala od wszystkiego, co sprawiało mi ból. Teraz, pięć lat później, wróciłam. Świeżo po odrzuceniu partnera, który mnie wykorzystywał. Nadal noszę blizny po szczeniaku, którego nigdy nie miałam okazji potrzymać. A mężczyzną czekającym na mnie na lotnisku nie jest mój brat. To Tristan. I nie jest tym facetem, którego zostawiłam. Jest motocyklistą. Alfą. A kiedy na mnie spojrzał, wiedziałam, że nie ma dokąd uciekać.
Athena
Nie mogę oddychać.
Tristan porusza się we mnie, powoli i głęboko, a ja tonę w doznaniach. Każde pchnięcie posyła wirujące fale gorąca przez moje ciało, wypełniając wszystkie puste przestrzenie, które wyżłobiła dziś we mnie żałoba.
Jego dłonie wślizgują się pod moje udo, unosząc je ostrożnie... delikatnie, jakbym mogła się rozsypać na kawałki – po czym napiera, znów mnie wypełniając. Wydaję z siebie zduszony okrzyk, wyginając plecy w łuk nad materacem, z palcami wplątanymi w pościel, desperacko pragnąc uchwycić się czegoś stałego, czegokolwiek.
Ale to wszystko jest tak obezwładniające. Tak odurzające.
Światło księżyca wpadające przez okno jego sypialni uwydatnia pot na jego klatce piersiowej i ciemne kosmyki włosów przyklejone do czoła. Jego dłonie zaciskają się na moich udach, przytrzymując mnie pewnie, gdy ja rozpadam się pod nim na kawałki.
To jest złe. Tak bardzo złe.
Dopiero dziś rano złożyliśmy naszych rodziców na wieczny spoczynek. Całą czwórkę – moją mamę i tatę, jego mamę i tatę. Złożeni w ziemi obok siebie, tak jak by tego chcieli. Nasi ojcowie byli najlepszymi przyjaciółmi od dzieciństwa, Alfami sąsiednich watah, którzy nie pozwolili, by podzieliły ich granice terytoriów.
Zginęli razem na wakacjach, kiedy ich samochód roztrzaskał się o drzewo na jakiejś górskiej drodze. Moja matka walczyła o życie przez trzy dni w szpitalu, jej wilczyca nie poddawała się do samego końca, ale nawet ona nie zdołała przetrwać tego, co zrobił z nią ten wypadek.
Wciąż nie potrafię pojąć, jak to się stało, że tu jesteśmy. W jednej chwili trzymaliśmy się za ręce nad ich grobem, patrząc, jak opuszczane są ich ciała, a w następnej... jesteśmy tutaj, spleceni w ramionach.
Powinnam przeżywać żałobę. Powinnam być w domu, otoczona przez brata i watahę, pozwalając im się pocieszać, tak jak powinny to robić wilki. Zamiast tego jestem tutaj, w łóżku Tristana, pozwalając najlepszemu przyjacielowi mojego brata dotykać mnie tak, jakbym należała do niego.
– Athena – wydycha w moją szyję, a ja wyginam się ku niemu, zdesperowana, by zyskać cokolwiek, co powstrzyma ten ból. Pragnęłam go od tak dawna... lata spędzone na obserwowaniu go z drugiego końca pokoju, na udawaniu, że nie zauważam, jak jego wzrok czasami zatrzymuje się na mnie, gdy myślał, że nikt nie patrzy.
Znów we mnie wnika, tym razem wolniej, delektując się każdą chwilą, aż wydaję z siebie ciche skomlenie. Instynktownie wyciągam ku niemu dłonie, obejmuję go za ramiona, a potem wplatam palce w jego włosy, przyciągając go bliżej, spragniona jego ciepła... ponieważ jest on jedyną rzeczą, która wydaje się prawdziwa w tej zrujnowanej chwili.
Jego lewa dłoń pieści moją łechtaczkę, zabierając mnie w miejsca, w których nigdy nie byłam. Chcę więcej. Potrzebuję więcej.
Odchylam głowę do tyłu, a kiedy wymyka mi się jęk głośniejszy niż zamierzałam, pokonuje dzielącą nas przestrzeń i całuje mnie mocno, połykając ten dźwięk, jakby jego słuchanie sprawiało mu fizyczny ból.
Pocałunek jest desperacki, to surowa mieszanka ciepła i naglącej potrzeby... jego wargi dociskają się do moich, jakby bał się ciszy, która ciąży nad nami.
Znów przyspiesza rytm, a każde pchnięcie wyciska powietrze z moich płuc, sprawiając, że z trudem chwytam oddech prosto w jego usta, zacierając granice między żałobą a rzeczywistością.
Wiem, że nie powinno mnie tu być... że nie powinnam szukać w ten sposób pocieszenia, zagubiona w bliskości, która wydaje się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa.
Ale tu jestem. I nie chcę, żeby przestał. Wiem, że potem będziemy musieli stawić czoła brutalnej rzeczywistości, ale wciąż chcę się tym cieszyć, póki to trwa.
W pewnym momencie odwraca nas i nagle to ja siedzę na nim w rozkroku, z dłońmi opartymi na jego klatce piersiowej, poruszając się na nim, podczas gdy on mi się przygląda, a jego oczy śledzą każdy kontur mojego ciała.
Jego usta wędrują w dół mojej szyi, przez obojczyk, a kiedy krzyczę, delikatnie mnie ucisza, jego wargi muskają moją skórę jak łagodna inkantacja.
Pochylam się, by znów go pocałować, tym razem wolniej, nawet gdy nasze ciała tańczą razem. Nie potrafię stwierdzić, czy płaczę, czy nie... pieką mnie oczy, a jednak wszystko inne jest gorące, obolałe i tętniące życiem.
Moje palce wbijają się w jego ramiona, gdy przytrzymuje mnie w miejscu i porusza się szybciej, głębiej, popychając mnie ku krawędzi. Dźwięk, który ze mnie ucieka, to wpół jęk, wpół szloch, a on znów tłumi go w swoich ustach, całując mnie tak, jakbym była jedyną rzeczą, która trzyma go przy zdrowych zmysłach.
Dochodzę z jego imieniem na ustach i łzami na policzkach. On podąża za mną kilka sekund później, z twarzą wtuloną w moją szyję, a jego ciało drży przy moim.
Przez chwilę po prostu tam leżymy, oddychając ciężko, a jego ciężar przygniata mnie do materaca. Czuję bicie jego serca na mojej klatce piersiowej, czuję zapach mieszanki jego wody kolońskiej i naszego potu.
Moja wilczyca mruczy, zadowolona w sposób, jakiego nie zaznała od czasu telefonu o wypadku.
To wydaje się właściwe. Jak powrót do domu.
Ale po chwili odsuwa się, siadając na krawędzi łóżka, tyłem do mnie. Dystans między nami nagle wydaje się przepaścią.
– To się nie może powtórzyć – mówi szorstkim głosem. Chłodnym.
Moje serce zamiera. Wiedziałam, że to nadejdzie, ale nie spodziewałam się, że tak wcześnie. – Tristan...
– Jesteś dla mnie jak siostra. – Wstaje, sięgając po jeansy. – Tylko tym dla mnie zawsze byłaś. I kiedykolwiek będziesz.
Te słowa uderzają we mnie jak cios fizyczny. Siostra. Zna mnie od zawsze, patrzył, jak dorastam, był przy mnie podczas każdego ważnego wydarzenia mojego życia. Ale nigdy nie byłam jego siostrą. Na pewno nie w sposób, w jaki teraz na mnie patrzy, jakbym była czymś, o czym musi zapomnieć.
– Nie – szepczę, naciągając prześcieradło, by się okryć. – Nie mów tak. Nie po tym, co właśnie...
– Po tym, co właśnie zrobiliśmy? – Odwraca się przodem do mnie, a żal w jego oczach jest niezaprzeczalny. – Właśnie popełniliśmy największy błąd w naszym życiu, Ath. Jesteśmy w żałobie, nie myślimy racjonalnie i... – Przeczesuje dłonią włosy. – Kurwa. Twój brat mnie zabije.
– Orion nie musi wiedzieć.
– Nie o to chodzi. – Zakłada koszulkę, a każdy jego ruch jest ostry i pełen gniewu. – Chodzi o to, że to nigdy nie powinno było się wydarzyć. Miałem cię chronić. A nie wykorzystywać w chwili mojej słabości.
– Przecież to nie...
– Oboje cierpieliśmy, nadal cierpimy... i właśnie dlatego zrobiliśmy coś tak głupiego. Tylko tym to było – mówi, ucinając moje słowa.
Każde słowo to jak nóż wbity między żebra. Chcę się kłócić, powiedzieć mu, że się myli, ale wyraz jego twarzy mnie powstrzymuje. On już podjął decyzję. W jego umyśle jestem tylko młodszą siostrą jego najlepszego przyjaciela, która rzuciła mu się na szyję w chwili słabości.
– Prześpij się – mówi, ruszając w stronę drzwi. – Rano odwiozę cię do domu.
– Tristan, zaczekaj...
Ale jego już nie ma, a drzwi zatrzaskują się za nim z taką ostatecznością, że aż boli mnie w piersi.
Gapię się w sufit, podczas gdy moja wilczyca skomle w mojej klatce piersiowej. Nie rozumie, dlaczego nas odrzuca, dlaczego ucieka, skoro oboje wiemy, że to, co czuliśmy dzisiejszej nocy, było prawdziwe. Ale ja już rozumiem.
Nie jestem dla niego wystarczająca. Nie jestem tym, czego potrzebuje. Nigdy nie byłam.
Powinnam była to przewidzieć. Powinnam była wiedzieć, że to wszystko było zbyt piękne... zbyt kurwa idealne, żeby mogło być prawdziwe.
Kiedy jego palce śledziły krzywiznę mojego kręgosłupa, kiedy szeptał moje imię na mojej skórze niczym modlitwę, powinnam była wiedzieć, że to skończy się katastrofą.
Ale żałoba robi straszne rzeczy ze zdrowym rozsądkiem, a ja pozwoliłam sobie utonąć w iluzji, że... może... tylko może, dostrzega we mnie kobietę, którą jestem.
Wydaję z siebie pełen bólu śmiech.
Dla niego zawsze byłam tylko małą siostrzyczką Oriona. Dzieckiem, które trzeba chronić. I tylko tym zawsze będę.
Następnego dnia nie czekałam, aż mnie odwiezie. Nie jestem małą istotką, która potrzebuje ochrony.
W ciągu kolejnych trzech dni podejmuję decyzję. Nie mogę tu zostać, w tej watasze, w tym mieście, gdzie każdy kąt przypomina mi o rodzicach, gdzie muszę widywać Tristana i udawać, że ta noc nic nie znaczyła. Nie mogę patrzeć, jak traktuje mnie jak obcą, jak ciężar, który musi nieść ze względu na mojego brata.
Rezerwuję lot do Londynu. Pakuję walizki. Mówię Orionowi, że potrzebuję przestrzeni, czasu, by dowiedzieć się, kim jestem bez naszych rodziców.
Nie mówię mu o prawdziwym powodzie mojej ucieczki.
Nie mówię mu, że jestem zakochana w jego najlepszym przyjacielu i że ta miłość mnie zniszczy, jeśli tu zostanę.
Niektóre sekrety są zbyt niebezpieczne, by wypowiadać je na głos, nawet przed rodziną.
A zwłaszcza przed rodziną.