Po obiedzie brniemy przez płytki strumień, chłodna woda przyjemnie orzeźwia moje bose stopy. Adam idzie trochę dalej, aż woda sięga mu prawie do kolan, a ja wycofuję się na brzeg, czując łomot serca w piersi.
Dołącza do mnie kilka minut później z dwoma szczęśliwymi, mokrymi psami i spaceruje obok, gdy wracamy tam, skąd przyszliśmy. Czy rozważam kilkukrotne zboczenie z drogi i twierdzenie, że zgubi






