Hendrix stał w salonie, twarzą do dziedzińca. Brama była zamknięta na głucho. Na dziedzińcu kilku mężczyzn, uzbrojonych w motyki i młoty, czuwało, gotowych powstrzymać go, gdyby spróbował ucieczki.
Ich ostrożność wydała mu się niemal komiczna. Nawet gdyby nie stali na warcie, nie zamierzał uciekać – bo to nie miało najmniejszego sensu.
Powoli sączył kawę, po czym obrócił się do stojącego przed nim






