Ekran przez chwilę migocze, aż wreszcie pojawia się Lance. Siedzi w miejscu, które wygląda jak pokój hotelowy. Jest poobijany po naszej bójce – cienie pod jego oczami są wciąż wyraźne, a na knykciach widać ślady uderzeń. Ale to wciąż on, oparty nonszalancko o krzesło, z tym swoim ironicznym uśmiechem. Nawet poturbowany, emanuje spokojem.
Ściska mnie w gardle na myśl, że już nigdy go nie zobaczę. B






