languageJęzyk
Odrzucając moich czterech Alf: Sekretna Księżniczka-placeholderOdrzucając moich czterech Alf: Sekretna Księżniczka

Odrzucając moich czterech Alf: Sekretna Księżniczka

Autor: Aeliana Moreau

Czytaj
Ostatnia aktualizacja: 28 mar 2026
163 Rozdziały
193.2K słów

Zora uważała się kiedyś za zwykłą ludzką sierotę. Aż do dnia, gdy w jej osiemnaste urodziny nagle pojawiła się jej biologiczna matka, Victoria, i ujawniła szokującą prawdę: jest księżniczką, wilkołakiem. Victoria, Królowa Wilkołaków, zabrała Zorę z powrotem do królestwa wilkołaków i natychmiast zażądała, aby wybrała narzeczonego spośród czterech mężczyzn. Zora wierzyła, że Victoria jej nie kocha, ponieważ jest pozbawiona wilczej natury. Nie miała zamiaru wychodzić za mąż za obcego, kogoś, kogo nigdy nie spotkała. W końcu Victoria poszła na kompromis, obiecując, że jeśli Zora ukończy Akademię Alfa na własną rękę, nie będzie musiała wychodzić za mąż. Ale już pierwszego dnia w Akademii Alfa, ukrywając swoją prawdziwą tożsamość księżniczki, Zora natychmiast starła się z potencjalnymi mężami… Ci seksowni, aroganccy mężczyźni byli niczym innym jak kłopotami, a Zora przysięgła, że nigdy im się nie podporządkuje.

Pierwszy rozdział

Moja matka porzuciła mnie na osiemnaście długich lat. Po odebraniu mnie z sierocińca, w którym dorastałam, bardzo jej się spieszyło, by wydać mnie za mąż. Pytacie dlaczego? Victoria nie była tylko moją matką. Była Królową Stada Luny – panującego stada wilkołaków.

Szybko dotarło do mnie, że jedynym powodem, dla którego mnie sprowadzono, było zastąpienie kogoś w politycznym małżeństwie. Moja adoptowana siostra miała być następną Królową, ale była na ustach wszystkich z powodu swojego swobodnego prowadzenia się. O dziwo, stanowiło to jeszcze większą hańbę niż moje własne problemy.

Byłam pozbawiona wilka. Osiągnęłam dojrzały wiek osiemnastu lat, a wciąż nie obudziłam w sobie wilczycy. Dla Victorii było to dodatkowe upokorzenie. Domyśliłam się, że to właśnie dlatego porzuciła mnie te wszystkie lata temu. Potem zyskała nową córkę, idealną Wilczycę. Była ona materiałem na przyszłą królową znacznie bardziej, niż ja kiedykolwiek bym była.

Wpatrywałam się w leżącą przede mną listę. Nazwiska wydawały się znajome. Wolfham. Lunerly. Moonraiser. Zdjęcia obok nazwisk przedstawiały jednych z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziałam. Każdy z nich miał uderzająco ostre rysy i błyszczące, złote oczy.

Alfowie.

Kobieta stojąca przede mną, moja matka, westchnęła.

– Zoro – w jej głosie słychać było wyczerpanie. – To wszystko wspaniali mężczyźni. Każdy jest dziedzicem swojego rodu. Znakomici alfowie. Mogliby cię wiele nauczyć.

Wypuściłam z siebie powietrze.

– Nie, matko, nie potrzebuję tego – odsunęłam od siebie listę. – Chcę po prostu być sama. Nie chcę wychodzić za mąż.

– Chcesz znów być bezdomna? Jesteś teraz księżniczką tego narodu i nie masz pojęcia, co to oznacza. – W głosie Victorii pojawił się ślad gniewu. – Gdyby nie twoja siostra...

Przerwała w pół zdania. Uniosłam brew.

– Moja siostra? – zapytałam z kamienną twarzą. – Gdyby nie była kim? Dziwką?

Jej dłoń wystrzeliła w górę, a ja instynktownie uniosłam ramię, żeby się osłonić. To był nawyk, którego nabrałam w sierocińcu. Victoria zamarła. Nie uderzyła mnie. Zamiast tego jej głos stał się zimny.

– Uważaj na ton – powiedziała. – Amara wciąż jest twoją siostrą. A ja jestem twoją matką.

– A jednak porzuciłaś mnie na osiemnaście lat – warknęłam. – Wyraźnie widać, że to nie na mnie ci zależy. Tylko na Amarze. Więc dlaczego nie pozwolisz jej wziąć tego pieprzonego ślubu?

Gwałtownie wstałam z krzesła i ruszyłam ciężkim krokiem w stronę drzwi. Szarpnięciem je otworzyłam i zostawiłam Victorię w jej gabinecie. Miałam wrażenie, że przez ostatnie sześć miesięcy, od kiedy mieszkałam z Victorią i Amarą, odbyłyśmy tę samą rozmowę ze sto razy. Z Królową Victorią.

Ale nie dorastałam z tą wiedzą. Dorastałam, tułając się od sierocińca, przez rodziny zastępcze, z powrotem do sierocińca, myśląc, że jestem tylko ludzką dziewczyną, której nikt nie kocha. To drugie było prawdą, ale co do pierwszego – byłam dziedziczką tronu Luny. Dowiedziałam się o tym dopiero w dniu moich osiemnastych urodzin.

Stałam na ulicy z moimi rzeczami spakowanymi do torby, nie mając dokąd pójść po tym, jak powiedziano mi, że jestem zbyt stara, by zostać w sierocińcu. Kiedy łzy zaczęły spływać po mojej twarzy, pojawiła się ona.

Coś mi mówiło, że ta kobieta o płomiennorudych włosach i miodowozłotych oczach musi być ze mną spokrewniona. Jej nos miał ten sam kształt, który widywałam w lustrze. Kiedy się do mnie uśmiechnęła, na jej twarzy odbił się ten sam dołeczek, którego zdążyłam już znienawidzić.

Natychmiast upuściłam torbę. Wtedy powiedziała mi, że nazywa się Królowa Victoria Luna. I że jest moją matką.

W mojej głowie kłębił się milion pytań, ale jedynym, które wyrwało mi się z gardła, było: „Dlaczego?”.

To pytanie, na które Victoria nigdy nie odpowiedziała. To dało mi wszystkie informacje, jakich potrzebowałam. Moja matka nigdy mnie nie kochała. Nigdy mnie nie chciała. Zostałam odrzucona jak stare ubranie. Jedynym powodem, dla którego po mnie wróciła, było uwiarygodnienie jej rodowodu i zabezpieczenie miejsca na tronie Luny.

Byłam politycznym pionkiem.

Tym, a do tego politycznym pionkiem bez wilka.

Brak miłości ze strony Victorii został dodatkowo udowodniony, gdy zadawała mi pytania o moje dzieciństwo. Drażliwość podczas pełni księżyca? Nie. Tęsknota za bieganiem? Nie. Swędzące, drapiące uczucie w kościach? O czym ona, do cholery, mówiła?

Potem powiedziała mi, że powinnam być wilkołakiem. Istotą, która potrafi w mgnieniu oka zmienić się w wilka. Z super siłą, świetnym słuchem i wszystkimi tymi odjazdowymi, okultystycznymi zdolnościami, o których czytałam w książkach. Ale ja nie miałam żadnej z tych rzeczy. Byłam wyjątkowo zwyczajna.

Victoria tego we mnie nienawidziła – a raczej gardziła moją przeciętnością. Posunęła się nawet do tego, że pozwoliła własnej krwi błąkać się po świecie przez osiemnaście lat, podczas gdy rozpieszczała obce dziecko, robiąc z niego niegrzecznego, roszczeniowego bachora. Ta myśl płonęła w mojej głowie, gdy mknęłam korytarzem, z dala od gabinetu Victorii.

Wtedy usłyszałam, jak znów woła mnie po imieniu.

– Zoro, zawrzyjmy układ – powiedziała moja matka. – Jesteś dziedziczką tronu Luny. Potrzebujesz partnera. Ja po prostu próbuję ci pomóc.

– Pomóc mi? – parsknęłam. – Gdybyś naprawdę chciała mi pomóc, nie porzuciłabyś mnie. Nie chcesz mi pomóc. Ty mnie nawet nie chcesz.

– Oczywiście, że cię chcę – odpowiedziała Victoria, a jej ramiona opadły, gdy po raz pierwszy sprawiała wrażenie pokonanej. – Miałam swoje powody, by zostawić cię u ludzi. Ja...

– Więc mi powiedz! – odgryzłam się.

– Próbowałam cię chronić – powiedziała. – Zrozumiesz...

Otworzyła usta, by mówić dalej, ale znów jej przerwałam.

– Czy dlatego wciąż mnie jeszcze nikomu nie przedstawiłaś? Ukrywałaś mnie w tym kącie zamku przez ostatnie sześć miesięcy? Amara wychodzi, kiedy tylko ma na to ochotę. I kpi ze mnie, że jestem pozbawioną wilka porażką, która nigdy nie wyjdzie z jej cienia.

Nie miałam okazji zwiedzić miejsca, z którego rzekomo pochodzę. Żeby mnie „chronić”? Gdybyś chciała zapewnić mi bezpieczeństwo, zostawiłabyś mnie w spokoju!

– Zoro, proszę – Victoria zaczęła podnosić głos, niemal warcząc. – Z czasem wszystkiego się dowiesz. Po prostu wiedz, że jestem twoją matką!

– Jesteś dla mnie nikim – powiedziałam spokojnie. – Jesteś tylko jakąś przypadkową kobietą, która wpadła do mojego życia sześć miesięcy temu i chce mnie wykorzystać, by zastąpić moją siostrę dla własnych korzyści.

Victoria zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem. Następnie wyprostowała ramiona i spojrzała na mnie z góry.

– Wyjeżdżasz jutro – powiedziała surowo. – Będziesz uczęszczać do Akademii Alfów. Jeśli ją ukończysz, powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. I będziesz mogła odejść.

– Będę mogła odejść? – uniosłam podbródek, by napotkać jej wzrok. – Czyli bez małżeństwa.

Victoria wydała z siebie zimny śmiech.

– Jeśli zdołasz sama ukończyć szkołę, to w porządku. Świat wilkołaków jest znacznie brutalniejszy niż świat ludzi.

– Zgoda – powiedziałam. – Ukończę tę twoją głupią Akademię Alfów i oczekuję, że natychmiast dostanę odpowiedzi. W przeciwnym razie znikam.

Z tymi słowami odwróciłam się na pięcie, zostawiając ją wpatrującą się gniewnie w moje plecy.

Zapisanie mnie do tej całej „Akademii Alfów”, czymkolwiek do cholery była, zajęło zaledwie tydzień. Spakowałam to niewiele, co posiadałam, z powrotem do toreb i wyruszyłam samochodem z dala od zamku. Po raz pierwszy widziałam swój kraj; wszystko zlewało się w zieloną plamę, gdy odwożono mnie do mojego kolejnego więzienia.

Kiedy samochód zatrzymał się przed budynkiem rekrutacyjnym, opadła mi szczęka. Akademia Alfów wyglądała jak każda inna ludzka uczelnia. Miała starą architekturę, ale wszystko przypominało uniwersytet, obok którego dorastałam. Przechadzający się wokół ludzie wyglądali tak samo jak ja. Żadnych wymyślnych ubrań, żadnych koron. Jakbym nagle znów była człowiekiem.

Odetchnęłam z ulgą. To było proste. Poradzę sobie. Świetnie radziłam sobie w liceum. Ukończyłam je z najwyższymi ocenami. Czy miałam przyjaciół? Nie. Ale szczerze mówiąc, nie potrzebowałam ich. Musiałam po prostu przebić się przez tę szkołę i wyjść z niej z wystarczającą wiedzą, by zrzucić Victorię z jej piedestału.

Wysiadłam z samochodu, a kierowca pomógł mi z torbami. Nikt nie obdarzył mnie nawet drugim spojrzeniem. O ile im było wiadomo, byłam tylko kolejną bogatą dziewczyną, która przyjechała się uczyć. Nie byłam zhańbioną dziedziczką tronu. Nagle poczułam, jakby wielki ciężar spadł mi z piersi. Poradzę sobie. Przetrwam to.

Chwyciłam swoje torby i ruszyłam w stronę biura rekrutacji. Gdy tylko dotarłam do schodów, w moim polu widzenia peryferyjnego pojawiła się masa czarnego futra. Zostałam powalona na ziemię w tumanie moich rozsypanych rzeczy.

Ciężar, który przed chwilą spadł z mojej piersi, uderzył we mnie z powrotem niczym tona cegieł. A potem zaczęłam krzyczeć, gdy przez każdą kość w moim ciele przepłynął impuls elektryczny, pulsujący jak krew.

Czytaj