Była czwarta rano, gdy Cole wrócił do górskiej willi.
Gdy otworzył drzwi i wszedł do środka, Carson stał za nim niczym duch.
„Panicz wychodzi czy dopiero wraca?” — Carson przetarł sennie oczy. Jego głos przypominał jęk ducha wypełzającego z prastarej studni.
Cole wepchnął płaszcz, który trzymał w dłoni, w ramiona Carsona. Następnie z ponurą miną usiadł na kanapie w salonie. Chwycił piersiówkę leżą






