Aria
Wychodzimy z salonu, a chłód uderza we mnie jak cholerny policzek. Ten wiatr? Bezczelny jak diabli. Przenika moją kurtkę, jakby miał ze mną osobisty problem. Na zewnątrz jest oczywiście ciemno jak w dupie, ale ta część rezydencji świeci elektrycznością, jakby były Święta Bożego Narodzenia.
Spoglądam na Marka, który idzie obok mnie, jakby w ogóle nie czuł zimna. Fajnie mu.
"Hej, Mark," mówię,






