Następnego ranka budzę się, cudem jakimś… u stóp łóżka, mrugając i czując twarz wciśniętą w pierś Jacksona.
Boże, jak ja się tu w ogóle znalazłam? Ziewam i sięgam ręką, żeby potrzeć oczy. Czy ja… doczołgałam się tu przez sen?
– Nigdy więcej tego nie róbmy – mamrocze Jackson, już obudzony, gładząc mnie po włosach. – Nie obchodzi mnie, jak bardzo ich kochamy i ile jest cieni. Śpimy we własnym łóżku.






