Pierwszy promień świtu przebił się przez powieki Randalla, niechętnie wyrywając go z objęć nieświadomości. Jęk wyrwał się z jego ust, gdy głowa pulsowała tępym bólem. Zamrugał, próbując wyostrzyć zamazany wzrok.
Znalazł się rozciągnięty na posłaniu z wilgotnej trawy, a znajomy zapach sosnowych igieł i mokrej ziemi wypełniał jego nozdrza.
Panika ścisnęła go za gardło. <i>Gdzie on był? Jak się tu do






