languageJęzyk

Rozdział 3

Autor: Katty&Cutie11 sty 2026

– Nie wiem, ale zostali przysłani przez Alfę – stwierdza Bella.

– Przez Alfę? – Dlaczego miałby wysyłać ludzi, żeby mnie wezwali? Czy to, że jego syn mnie odrzucił, nie wystarczyło? Czy chce posypać sól na moją ranę?

– Nie zejdę na dół – mówię jej szybko.

Żadna kara nie może być gorsza od bólu, który już przeżywam.

– Jesteś pewna? – pyta, a jej młode oczy błagają, bym zmieniła zdanie.

– Tak – odpowiadam.

Bella rzuca mi ostatnie spojrzenie i wychodzi z pokoju, upewniając się, że zamknęła za sobą drzwi.

Wzdycham ciężko i siadam na łóżku. Mam nadzieję, że sobie pójdą. Nie chcę wiedzieć, czego chcą. Chcę tylko być sama i uporać się z bólem. Nieco zelżał.

Drzwi otwierają się kilka minut później i wchodzi pani Wilmer ze zmęczonym wyrazem twarzy. Wydaje z siebie ciężkie westchnienie i przeczesuje ręką włosy.

– Ginny, kochanie, przykro mi o to prosić, ale musisz zejść ze mną na dół. Alfa i Luna przysłali posłańca, żeby cię zabrał. Chcą z tobą porozmawiać – mówi, siadając obok mnie.

Odwracam się do niej i dąsam.

– Cóż, ja nie chcę z nimi rozmawiać. – Wiem, że brzmię dziecinnie. Alfa żąda mojej obecności, a ja odrzucam ofertę.

Pani Wilmer delikatnie głaszcze mnie po głowie.

– Ginny, proszę. Mówimy o Alfie. Musimy być posłuszni jego rozkazom. Bogini raczy wiedzieć, co może się nam stać, jeśli tego nie zrobimy – błaga.

– Nie sądzę, by cokolwiek mogło boleć bardziej niż ból, który już czuję w sercu – odpowiadam, przewracając oczami. Chciałabym móc powstrzymać ból serca, ale nie potrafię. Pójście do Alfy skończy się jeszcze większym cierpieniem. Nie jestem pewna, czy będę w stanie to znieść, ale wiem też, że właściwą rzeczą jest uszanowanie jego wezwania, więc co mi tam.

– Chodźmy – mówię oschle, wstając.

Pani Wilmer podchodzi do mojej szafy i wyjmuje kurtkę, po czym wręcza mi ją z zatroskanym spojrzeniem.

******

Nigdy nie myślałam, że zostanę wezwana przez Alfę. Cóż, nigdy też nie myślałam, że będę przeznaczoną jego syna, a potem zostanę odrzucona.

Dzisiejszy dzień był pełen niespodzianek, i to nie tych dobrych.

– Teraz wy dwie. Pamiętajcie, kiedy spotkamy Alfę i Lunę, musicie pochylić głowy i zgadzać się ze wszystkim, co powiedzą. Zrozumiano? – pyta jeden ze strażników.

– Tak – odpowiada natychmiast pani Wilmer.

Kiwam głową w jego stronę; szczerze mówiąc, jestem zbyt zmęczona, by teraz mówić.

W końcu docieramy do domu Alfy. Jest wieczór, więc jest w domu; normalnie jest albo w swojej firmie, albo na spotkaniach.

Jego dom nie jest zbyt wystawny; jest wystarczająco duży, ale nie tak ekstrawagancki, jak można by się spodziewać. W przeciwieństwie do innych Alf, Alfa Baxter nie wierzy w bycie frywolnym z bogactwem. To jedna z rzeczy, za które ludzie go lubią.

Stąd, gdzie jesteśmy, widzimy jego i Lunę siedzących na werandzie; z jakiegoś powodu jego weranda jest niezwykle duża. Wokół kręci się kilku strażników.

Wygląda tak zwyczajnie, nikt by nie poznał, że jest Alfą.

Gdy podchodzimy bliżej, automatycznie zaczynamy opuszczać głowy w geście szacunku.

– Powstańcie – mówi Alfa Baxter.

Pani Wilmer i ja natychmiast podnosimy głowy i stajemy prosto.

– Ty musisz być Virginia Miller? – pyta, a jego niebieskie oczy błądzą po moich rysach twarzy. Zauważa ból w moich oczach i czuję, że jest mu w pewnym sensie przykro.

– Tak, panie – odpowiadam z opuszczoną głową.

– Jesteś partnerką mojego syna? – pyta nasza Luna słodkim, spokojnym głosem.

– Odrzucił mnie – mówię szybko.

– Jestem pewien, że zdajesz sobie sprawę, iż nadal jesteś jego partnerką, dopóki nie zostaniesz naznaczona przez innego – stwierdza Alfa.

Kiwam głową w odpowiedzi, pamiętając, co strażnik powiedział wcześniej o zgadzaniu się ze wszystkim, co mówi Alfa.

– Chcemy, żebyś z nami zamieszkała – mówi Luna.

Wiem, że powinnam zgadzać się ze wszystkim, co mówią, ale nie na to. Jak mam mieszkać w domu z tym samym facetem, który jest przyczyną mojego bólu? Poza tym, mam dom.

Odwracam się do pani Wilmer, jakbym prosiła ją, żeby coś zrobiła. Kiwa do mnie głową i zwraca się do Alf.

– Z całym szacunkiem. Ginny ma dom. Jej rodzice mogą nie żyć, ale ma mojego męża i mnie jako opiekunów. Jest jej dobrze w naszym domu.

– Moja żona nie pytała, czy jest jej dobrze w waszym domu, czy nie… – mówi Alfa Baxter, podnosząc na nas głos. Wzdrygamy się lekko. Jego żona zauważa nasz strach i dotyka jego ramienia.

– Ja się tym zajmę – mówi do niego, po czym zwraca się do nas.

– Posłuchaj. Dylan będzie następnym Alfą, a Alfa nie może być tak silny, jak powinien, jeśli nie jest ze swoją przeznaczoną. Bogini ma powód, dla którego uczyniła cię jego partnerką, i szanujemy to.

– Ale Dylan nie szanuje, więc czy możemy po prostu porzucić ten temat, żebym mogła wrócić do swojego życia? – szepczę pod nosem, ale jak wiecie, wilkołaki… Supersłuch. Nie wiem, jak czasem o tym zapominam.

Alfa Baxter wstaje z fotela, a jego oczy gwałtownie zmieniają kolor z niebieskiego na czerwony, a potem z powrotem na niebieski.

– Jak śmiesz odzywać się w ten sposób do Luny?! – krzyczy na mnie.

Jego autorytet Alfy przejmuje nade mną kontrolę. Nie potrafię się powstrzymać, moje kolana uginają się i mimo woli pochylam głowę do podłogi.

– Przepraszam – mamroczę. Z oka wypływa mi łza. Szybko ją ocieram, odzyskując panowanie nad ciałem.

Wstaję na nogi i patrzę na nich oczami pełnymi łez.

Alfa Baxter kontynuuje autorytarnym tonem. Każde słowo, które wypowiada, ma moc i wzbudza we mnie strach.

– Mógłbym z łatwością rozkazać ci wprowadzić się do mojego domu. Ale chcę, żebyś wprowadziła się z własnej woli. Moja Luna uważa, że nie powinienem cię zmuszać. Więc oto układ. Wprowadź się, a nie zabiję całej twojej rodziny zastępczej. Zamiast tego zadbam o to, by mieli dobrą opiekę.

Myliłam się wcześniej. Istnieje kara gorsza niż odczuwanie bólu odrzucenia. Utrata bliskich.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki