Nocne powietrze otuliło Ethana jak ciężki koc, niosąc ze sobą odległą symfonię miejskiego ruchu i ciężar własnych, szalejących myśli. Siedział na zniszczonych schodach przed budynkiem Sophie, a jego noga podskakiwała z nerwowej energii, której nie mógł opanować. Jego dłonie, zaciśnięte mocno między kolanami, były wilgotne od oczekiwania. Przyćmiony, żółty blask światła werandy rzucał długie cienie






