Wszystko działo się jak we śnie, aż poczułam chłód polerowanych płytek podłogi szpitala.
Uspokajająca mnie Breyona, krzyk, który rozrywał mi gardło, powietrze uciekające z dłoni, ustępujące miejsca cieniom i nocy – wszystko to zniknęło z mojej pamięci.
„Sala 232…” – powiedziała do Breyony bezosobowa kobieta w wesołym, tęczowym uniformie.
Mrugnęłam i już byłyśmy na korytarzu. Chwilę później zamykał






