Wpadliśmy z powrotem do domu watahy jak burza, buty na żwirze, oddechy widoczne w zimnym powietrzu. Miejsce huczało od tuzina drobnych zadań wykonywanych naraz: ludzie meldowali się, rozkładano mapy, twarze zwracały się ku nam z pytaniami i strachem. Trzymałem ręce w kieszeniach, żeby nie drżały.
– Gdzie ich umieściłeś? – zapytałem Xaviera bez ogródek, gdy szliśmy korytarzem. Nie było sensu owijać






