67 - Kennedy
Zaraz, chwileczkę. „Jak to możliwe?” Unoszę się na kolana, znów pocierając brzuch. Musi kłamać. Nie ma mowy, by to, co poczułam, było fałszywe albo zrodziło się tylko w mojej głowie.
Znów warczy. „Kennedy...”
„Co? Nie możesz być dupkiem przez całe tygodnie i oczekiwać, że nie będę ciekawa, kiedy w końcu zdecydujesz się ze mną porozmawiać.”
Zamyka oczy i bierze wdech. „Możemy po prostu






