Pokój szpitalny skąpany był w ostrym, oślepiającym świetle. Włosy Belindy były skołtunione, jakby postradała zmysły.
Jej przekrwione oczy płonęły wściekłością, gdy rzuciła się na Arthura, wbijając pazury w jego twarz niczym szpony jastrzębia. Przeklinała go bez wytchnienia, jej głos był ochrypły i pełen jadu.
"Arthur, ty bezduszny draniu! Dziś zabiorę cię ze sobą na dno!" krzyknęła, a w jej słowac






