

Autor: Catherine Morrissey
On ustala zasady na boisku. Ja urodziłem się po to, by łamać je poza nim. LUKE Miałem jedną szansę, by wyrwać się z błota Kentucky. Zdobycie pozycji podstawowego rozgrywającego w drużynie Alabama Wolves nie było tylko marzeniem; było walką o przetrwanie. Znałem zasady: nie wychylać się, grać twardo i, cokolwiek by się działo, nie wkurzać trenera Steele'a. Jaxson Steele to legenda futbolu. Jest chłodny, wymagający i bezlitośnie surowy. Od swoich zawodników oczekuje bezwzględnego posłuszeństwa. Ale za każdym razem, gdy jego łupkowoszare oczy wbijają się we mnie, powietrze gęstnieje. Powinienem skupić się na mistrzostwach, jednak sposób, w jaki na mnie patrzy, sprawia, że mam ochotę paść na kolana i całkowicie mu się poddać. JAXSON Nie pozwalam, by cokolwiek mnie rozpraszało. Moja drużyna, moja taktyka, moje zasady. A potem na mój teren wkroczył Luke Wyatt. Jest lekkomyślny, nieprawdopodobnie utalentowany i ciągnie za sobą stanowczo zbyt duży bagaż. Jest też pokusą, na którą nie mogę sobie pozwolić. Jako jego główny trener mam za zadanie wykorzenić jego złe nawyki i ukształtować go na mistrza. Ale jako Dom, jedyne, czego pragnę, to zedrzeć z niego ten bunt, związać mu nadgarstki i uświadomić temu żółtodziobowi, do kogo tak naprawdę należy. Gramy w niebezpieczną grę. Jedna nocna sesja analizy wideo. Jedna przekroczona granica. Ryzykowanie własnej kariery i jego przyszłości dla odrobiny kontroli to szaleństwo. Mówią, że gra poza wyznaczonymi granicami kończy się karą. Ale dla niego? Z przyjemnością przyjmę to uderzenie.
**Luke**
To było wszystko, na co tak ciężko pracowałem.
Więc dlaczego, do cholery, miałem ochotę uciec?
Powietrze pachniało nowymi pieniędzmi i czystą murawą. Kampus był wspaniały, w stylu okładek magazynów. Z kategorii miejsc, w których nie było miejsca dla facetów takich jak ja, chyba że ktoś by umarł albo został zdyskwalifikowany.
A jednak tu byłem. Początkujący rozgrywający w drużynie Alabama Wolves. Pierwszy wybór z letnich testów. Szansa jedna na milion.
Przyleciałem tego ranka, wręczono mi markową torbę sportową, klucz do akademika, wydrukowany harmonogram i gratulacje, których nie słyszałem przez walenie własnego serca. Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko.
Powiedzieli mi, że na to zasłużyłem. Mówili, że mam naturalny talent. Mówili, że mam potencjał... I, kurwa, *miałem go*, a jednak panika wciąż osadzała się z tyłu mojego gardła jak dym.
To nie było jak uczelniana piłka. To było na poważnie.
To było *wszystko*.
I nie zamierzałem pojawić się tam wyglądając jak przypadek z litości, który jakimś cudem oszukał system. Wiedziałem, jak to gówno działa. Jeśli chciałem szacunku, musiałem na niego zapracować od pierwszego zagrania. Żadnych wymówek. Żadnych drugich szans. Żadnych wpadek.
Nie byłem tu po to, żeby zawierać przyjaźnie.
Byłem tu po to, żeby przejąć kontrolę.
Ale mimo wszystko...
Dobre pierwsze wrażenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Zwłaszcza, gdy pochodziło się z takiego zadupia, jakie właśnie zostawiłem za sobą. Teraz stałem przy rezydencji w stylu bractwa studenckiego, gdzie wewnątrz trwała już letnia impreza powitalna drużyny.
Ubrany byłem na luzie – obcisłe dżinsy, koszulka bez rękawów, czapka Wolves nasunięta nisko na czoło. Wyglądałem, jakby mi zależało, ale bez zbytniego starania się. To był ten trik. Wejdź, uśmiechnij się arogancko, rzuć kilka pewnych siebie tekstów, zachowuj się, jakbyś był tu od zawsze. Udawaj, aż zaczniesz dominować.
Nie zamierzałem pozwolić, żeby ktokolwiek tutaj potraktował mnie jak fuksa.
Jak traktowano mnie przez całe życie.
Mimo to, moje palce pociły się, gdy pchnąłem drzwi.
Wewnątrz panował chaos. Głośna muzyka, czerwone plastikowe kubki, beer pong po jednej stronie, stół bilardowy po drugiej. Testosteron unosił się w powietrzu jak dym. Wszędzie faceci – śmiejący się, krzyczący, prężący mięśnie.
Kilka głów odwróciło się, gdy wszedłem.
Uśmiechnąłem się z wyższością.
Skinąłem głową.
Aroganckie spojrzenie w stylu „ta, to ja jestem tym kolesiem”.
Ktoś klepnął mnie w plecy, krzyknął „Yo, QB1!”, jakbyśmy byli starymi kumplami.
Zaśmiałem się, ostro i płytko. Wewnątrz lustrowałem wyjścia.
Wziąłem drinka. Sączyłem go powoli. Pozwoliłem im gadać. Pozwoliłem im mnie oceniać. Pozostałem na tyle pewny siebie, by zyskać miejsce w kółku, ale nie na tyle, by wyjść na kutasa.
Wtedy rozmowa zeszła na inny tor.
– Nie, mówię ci, stary, niektórzy z tych uległych na ObeyNet są sławni. Przysięgam, w zeszłym roku rozpoznałem jednego. Wyglądał, jakby grał dla Panthers.
– Bzdura. Nie ma mowy, żeby tak ryzykowali.
– Zdziwiłbyś się, stary. Miejsce jest anonimowe. Pełne zboczeńców. Nawet takie bety jak ty mogłyby coś tam zaliczyć.
Wybuchnął śmiech. Ktoś zakrztusił się piwem. Inny facet zażartował: – Zalogowałem się tam raz – jakiś koleś próbował mnie zmusić, żebym mówił do niego Tatusiu i szczekał. Zmyłem się stamtąd.
Serce zabiło mi mocniej w piersi.
*ObeyNet*.
Słyszałem już tę nazwę. Szepty w sieci. Nic, w co bym kiedykolwiek kliknął. Ale coś w tym we mnie utkwiło. Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie jak pająk.
Wymusiłem śmiech. – Brzmi nieźle. Może sam założę konto, nauczę ich, jak prawdziwy facet trzyma smycz.
Więcej śmiechu. Jeden z kolesi szturchnął mnie łokciem. – Cholera, młody to nieźle popaprany świr. Szacun.
Zbagatelizowałem to. Uśmiechnąłem się. Wziąłem łyk.
Wewnątrz mój mózg nie chciał się zamknąć.
*****
Do północy byłem z powrotem w akademiku. Sam. Niespokojny. Smak taniego piwa i fałszywej pewności siebie wciąż pozostawał na moim języku.
Cisza wydawała się głośniejsza niż impreza. Usiadłem na brzegu łóżka, z telefonem w dłoni, kciukiem zawieszonym nad przeglądarką.
Tylko z ciekawości, powiedziałem sobie. Po prostu sprawdzę. Nic dziwnego.
ObeyNet.
Wpisałem nazwę i utworzyłem proste konto.
Wewnątrz wszystko było spowite w cienie i neony.
Wątki na forach. Profile. Nagrania.
Wszystko od poleceń, przez wyznania, aż po... dźwięk. Tam właśnie spoczął mój wzrok.
**Pan S.**
Najwyżej oceniany. Anonimowy. Czarno-białe zdjęcie profilowe: elegancki garnitur i dłoń w rękawiczce zaciśnięta na pasku.
Kliknąłem.
I wszystko się zatrzymało.
Jego głos uderzył we mnie jak grawitacja.
Niski. Spokojny. Opanowany.
Nie głośny, nie agresywny – po prostu stabilny. Autorytatywny. Każde słowo było odmierzone. Precyzyjne. Jakby już był w twojej głowie i nie musiał podnosić głosu, żeby zmusić cię do klęknięcia.
Moja skóra zapłonęła. W ustach mi zaschło.
Nawet nie rozumiałem połowy rzeczy, które mówił – ale, kurwa, i tak stanął mi kutas.
Wstyd rozlał się gorącem po mojej klatce piersiowej.
Co do cholery było ze mną nie tak?
Nie powinno mi się to podobać. Nie leciałem na facetów. Nie kręciło mnie *to*. Nie w ten sposób. Nie tak naprawdę.
Mimo to...
Moje palce zawisły nad przyciskiem wiadomości.
Patrzyłem. Biłem się z myślami. Usłyszałem w głowie głos ojca – mojego największego demona – zawstydzającego mnie, nazywającego mnie słabym. Zacisnąłem mocno oczy.
*Tylko raz*, powiedziałem sobie. *Tylko dla jaj.*
Jasne.
Zanim zdążyłem pomyśleć dwa razy, napisałem:
**„Założę się, że sobie ze mną nie poradzisz.”**
Wcisnąłem wyślij, zanim zdążyłem się wycofać. Uśmiechnąłem się arogancko. Czekałem.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
**Pan S:**
„Mylisz się.
Prawdziwe pytanie brzmi – czy ty poradzisz sobie z posłuszeństwem?”
Powolny ogarńiający żar zwinął się w moim brzuchu.
**JA:**
**„A dlaczego miałbym?**
**Może to ja tu rządzę.”**
**Pan S:**
„Nie rządzisz.
Wcale tego nie chcesz; wolisz, żeby ci mówiono, co masz robić.
Większość chłopców takich jak ty tak ma.”
Chłopców *takich jak ja?*
**JA:**
**„Myślisz, że jestem jakąś cipką, która lubi, jak się nią rządzi?”**
**Pan S:**
„Myślę, że jesteś przerażoną małą owieczką w kostiumie lwa.
Dużo szczekasz. Nie masz smyczy.
A za całym tym hałasem to, czego tak naprawdę pragniesz, to bycie posiadanym, prowadzonym i karanym.”
Przełknąłem ciężko ślinę. Te słowa uderzyły gdzieś głęboko... Powiedziałem sobie, że to tylko gra. Jakiś nieznajomy w internecie z fetyszem na dominację i ciętym językiem.
Ale nie mogłem przestać.
**JA:**
**„I zgaduję, że ty byś to potrafił, co?”**
**Pan S:**
„Potrafiłbym i to zrobię. Obaj o tym wiemy.
I myślę, że nienawidzisz tego, jak bardzo cię to podnieca.”
*Podniecało.*
I nie tylko nienawidziłem tego, że tak było, ale to przerażało mnie do granic wściekłości.
**JA:**
**„Jesteś, kurwa, nienormalny, wcale mnie nie znasz...!”**
**„Dlaczego niby miałbym chcieć być karany?”**
**„I jakim cudem miałby mnie podniecać facet? Jestem hetero—”**
Moje palce wciąż pisały czwartą wiadomość z rzędu, kiedy przyszła jego pojedyncza odpowiedź.
**Pan S:**
„Musisz oddychać, chłopczyku.”
Moja klatka piersiowa przestała się poruszać.
Przeczytałem to jeszcze raz.
*Chłopczyku.*
*Boże...*
*Kurwa.*
Upuściłem telefon, jakby mnie oparzył.
Ekran znów się zaświecił.
**Pan S:**
„Śpij dobrze. Będziesz mój, zanim zdążysz się do tego przyznać.”
Czat się zakończył. Zniknął.
Ale to jedno zdanie – *oddychaj, chłopczyku* – utkwiło w mojej głowie, jakby zostało wyszeptane, a nie napisane.
****
Następny ranek był gorszy.
Prawie nie spałem. Głowa mi pękała. Wyglądałem koszmarnie, czułem się jeszcze gorzej, ale mieliśmy nasze pierwsze spotkanie w sezonie z naszym nowym, gwiazdorskim trenerem. Wrzuciłem na siebie sprzęt, ochlapałem twarz wodą i pobiegłem przez kampus do ośrodka treningowego drużyny.
Hala treningowa Wolves była cała ze stali, szkła i potu. Gracze wlewali się do środka, głośni i pewni siebie. Niektórzy wciąż w imprezowym nastroju. Starałem się trzymać głowę nisko, siedząc z tyłu, ale wszyscy wiedzieli, kim jestem.
Nowy QB. Nowa nadzieja.
Już tego nienawidziłem.
Ktoś krzyknął: – Uwaga! Trener idzie!
Pokój się zmienił. Sylwetki się wyprostowały. Gwar ucichł.
Odwróciłem się – a świat się zwęził.
Wszedł, jakby posiadał nas wszystkich.
Wysoki, barczysty, perfekcyjnie ubrany. Solidny. Jak ściana, której nie mógłbyś przesunąć, nawet gdybyś próbował. Ubrany w czarne spodnie i drużynową koszulkę polo, która przylegała do jego ramion jak zbroja.
Ale w momencie, gdy otworzył usta, krew zmroziła mi się w żyłach.
– Dzień dobry, chłopcy. Jestem Trener Steele. Wiecie już, czego się od was oczekuje w tym sezonie. Nie jestem tu po to, żeby was niańczyć – jestem tu po to, by was popychać, złamać i odbudować w najlepszą wersję was samych. Tę, która przyniesie nam zwycięstwo.
W sali zapadła cisza.
Zapomniałem, jak się oddycha.
*To niemożliwe...*
Odwróciłem wzrok, a każde z jego słów pasowało do głosu z zeszłej nocy, który wciąż był wyryty w moim mózgu.
Reszta spotkania zlała się w jedną całość. Moje serce nie chciało się uspokoić. Moje myśli kłębiły się, próbując przekonać samego siebie, że to sobie wyobrażam. Zwykły zbieg okoliczności. Prawda?
Wtedy – jego oczy mnie odnalazły.
Niebieska stal. Nieodgadnione.
– Wyatt. Jesteś rozkojarzony. Twoje nastawienie wymaga pracy.
Żołądek podszedł mi do gardła. Każdy sygnał ostrzegawczy w mojej głowie krzyczał *Znam ten głos.*
I nie dało się temu zaprzeczyć.
Utrzymanie koncentracji na grze miało być, kurwa, trudne.
Zrobił pauzę – wystarczająco długą, żeby zabolało.
– Przyjdź do mojego biura po treningu. Sam.