Poranne słońce bezlitośnie wpadało przez okna biura Oliwii, ale niewiele zdziałało, by rozgrzać lód w jej żyłach. Krążyła po pomieszczeniu jak zwierzę w klatce, a obcasy wybijały ostry, staccatowy rytm na wypolerowanej marmurowej podłodze. Duży zegar na ścianie tykał nieznośnie, jakby kpił z niej.
– Gdzie byłeś, Ethan? – mamrotała pod nosem, chyba po raz setny. Ręce skrzyżowała ciasno na piersi, a






