Salon w domu ojca Zofii był niezwykle cichy, gdyby nie przesadny śmiech Oliwii, przecinający powietrze jak ostrze. Zofia zwlekała w progu, czując ściskanie żołądka na ten widok. Oliwia siedziała blisko – zbyt blisko – Ethana na kanapie, jej dłoń spoczywała na jego piersi, gdy chichotała z czegoś, co powiedział. Ethan, sztywny i wyraźnie nieswój, wymusił napięty uśmiech, ale nie odsunął się.
– Etha






