Zanim Daniel i ja dotarliśmy do busa, była dokładnie dziesiąta.
Nawet nie byliśmy ostatni.
Połowa grupy wlewała się, jakby dopiero co wyskoczyła z łóżka.
Do miejsca wydarzenia wyjechaliśmy dopiero o dziesiątej trzydzieści.
Poranek składał się z wizyt w salonach wystawowych jeden po drugim.
Zbyt wiele logotypów, zbyt wiele wyreżyserowanych uśmiechów, wszystko zlewające się w jedną długą plamę beżow






