Lot powrotny do Skyline dłużył się w nieskończoność, choć kapitan upierał się, że to zaledwie niecałe siedem godzin.
Czas nie słuchał zegarów, kiedy umysł gonił się w kółko.
Ledwie dotknęłam szampana, który stewardesa wcisnęła mi w dłoń. Zamiast tego spędziłam większość podróży, wpatrując się w chmury przez owalne okno, gryząc wewnętrzną stronę policzka, aż poczułam smak miedzi.
Mężczyzna na sąsie






