Zepsuta chwila urodzinowa.
NIEBEZPIECZNY ROMANS Z MOIM PROFESOREM.
Rozdział 1.
Elara weszła do pięknej restauracji i skierowała się do sekcji VIP, w której wcześniej dokonała rezerwacji.
Dziś były jej dwudzieste urodziny i choć miała mnóstwo zmartwień, postanowiła odłożyć je na bok i po raz pierwszy od dwudziestu lat uczcić ten dzień, tak jak zasugerowała jej przyjaciółka.
Zajęła miejsce przy czteroosobowym stoliku, który przyjaciółka pomogła jej zarezerwować za niemałą kwotę, i cierpliwie czekała na ojca, macochę i przyrodnią siostrę. Choć nikt z nich jej nie lubił, wciąż pragnęła zjednoczenia z rodziną.
Czekając na ich przybycie, błądziła wzrokiem po pięknym wnętrzu restauracji. Atmosfera była dość podniosła, a otoczenie tak wygodne, jak jej domowy fotel.
Była to restauracja pięciogwiazdkowa; mimo ciemnej kolorystyki i czarnego wystroju wnętrz, wciąż sprawiała wrażenie niezwykle jasnej. Elara nie patrzyła na to miejsce jak inni – widziała w nim symbol jasności pośród mroku i modliła się o coś, co rozświetli jej życie, przynajmniej w tym nowym wieku, w który właśnie wkraczała.
Jej telefon wydał cichy dźwięk. Sięgnęła po niego – to była jej najbliższa przyjaciółka, Maisie.
Elara i Maisie przyjaźniły się od bardzo dawna i można było śmiało nazwać je niespokrewnionymi siostrami. Choć miały zupełnie inne osobowości, idealnie do siebie pasowały – Maisie była ekstrawertyczką, podczas gdy Elara introwertyczką.
Uśmiechnęła się do telefonu, odbierając połączenie i przykładając aparat do ucha.
– Hej, kochana – głos Maisie zawibrował po drugiej stronie, a Elara uśmiechnęła się szerzej.
– Hej, Maisie. Co słychać?
– Świetnie. A jak mija twój dzień?
– Um... w zasadzie bez zmian. Jestem w restauracji, ale macocha, siostra i tata jeszcze nie dotarli. Mam nadzieję, że zaraz będą.
– Spokojnie, Elara, jestem pewna, że przyjdą.
– Hm – Elara skinęła delikatnie głową.
Jeszcze raz powiodła wzrokiem po lokalu i szepnęła:
– Dziękuję ci bardzo, Maisie, za znalezienie tak pięknego i spokojnego miejsca. – Od początku chodziło jej właśnie o ten spokój.
– Następnym razem nie zrobię tego za ciebie, będziesz musiała sama ruszyć tyłek – prychnęła Maisie, a Elara zachichotała.
– Dzwoniłam tylko, żeby sprawdzić, co u ciebie. Baw się dobrze – dodała po chwili Maisie i przesłała jej całusa. Elara uśmiechnęła się i zakończyła rozmowę, wracając do swojego zwykłego nastroju. Jak dotąd miała tylko jedną osobę, która rozjaśniała jej dni, a i ona nie zawsze mogła być obok.
Elara czuła, że to przekleństwo, iż jej urodziny wypadły w sobotę. Soboty były dniami, w których rodzice Maisie zawsze odwiedzali dziadków – była to ich rutyna. Gdyby mogła, spędziłaby ten czas z Maisie; rozpaczliwie pragnęła takiej miłości, jaką jej przyjaciółka otrzymywała od swoich rodziców.
Po czterdziestu pięciu minutach oczekiwania zebrała całą odwagę, wzięła telefon i zadzwoniła do ojca.
Odebrał po drugim sygnale.
– Halo, ojcze.
– Przejdź do rzeczy, jestem zajęty – jego szorstki głos sprawił, że ciarki przeszły jej po plecach, ale zdołała kontynuować.
– Um... ojcze... ja... zarezerwowałam stolik w restauracji z okazji moich urodzin... czekam tutaj... – wykrztusiła, mając nadzieję, że się nie rozłączy.
– Przeklętych dni się nie świętuje, Elaro. Czy nie zabroniłem ci obchodzenia urodzin? – warknął przy ostatnim słowie, a jej serce zamarło.
– Ja... ja...
– Twoje urodziny są tak samo przeklęte jak ty, Elaro, i nie zamierzam uczestniczyć w czymś, co mogłoby odebrać mi życie – jego odpowiedzi były pełne lekceważenia, a Elara starała się nie brać ich do serca, mimo że wiedziała, iż on się nie pojawi.
– Nie ma mnie nawet w stanie, Elaro. Vivia też chciała wakacji i obecnie jesteśmy w Paryżu. Możesz świętować sama, ale to ma być ostatni raz – ostatnie zdanie zabrzmiało jak rozkaz, po czym połączenie zostało przerwane.
Serce Elary ścisnęło się, a łzy zaczęły płynąć bez opamiętania. Powstrzymywała je cały czas, dopóki nie wspomniał o wycieczce z przyrodnią siostrą. Nie dość, że zapomniał o jej urodzinach i uznał je za przeklęty dzień, jak to miał w zwyczaju, to jeszcze zabrał jej siostrę na wyjazd właśnie w tym dniu.
Ostrożnie sięgnęła po mały notesik w torebce i długopis.
„Proszę anulować rezerwację”. Zostawiła karteczkę i wstała, próbując zebrać się w sobie.
Elara była starszą córką pana Vance'a, drobną, szczupłą dziewczyną o gęstych, kręconych włosach, które okalały jej delikatną, owalną twarz. Jej piwne oczy z zielonymi błyskami były połączeniem niewinności sarny i kusicielskiego spojrzenia syreny, choć nie były tak niewinne jak ona sama. Miała zgrabny, prosty nos, wąskie usta w kształcie serca i piękną, kobiecą sylwetkę, która była marzeniem każdej kobiety, w tym jej najlepszej przyjaciółki, a mężczyźni nie stanowili tu wyjątku.
Przez całe życie Elara wychowywała się w przekonaniu o dwóch rzeczach: ma być grzeczną dziewczynką i sprawiać, by tatuś był dumny. Choć trzymała się zasad co do joty, ojciec nigdy nie zaszczycił jej czymś więcej niż przelotnym spojrzeniem. Nieustannie rywalizowała z siostrą o jego uwagę i trzeba było przyznać, że Vivia tę walkę wygrała.
Ojciec zawsze obwiniał ją o bycie przyczyną śmierci matki, ponieważ ta zmarła podczas porodu. Ożenił się ponownie, gdy Elara miała dwa lata, ale macocha twierdziła, że ma z nim dziecko z nieprawego łoża. Po udanym teście DNA ojciec uznał je i przelał całą swoją miłość i czułość wyłącznie na Vivię. Choć nigdy nie skąpił Elarze na miesięczne utrzymanie czy rzeczy materialne, nie traktował poważnie niczego, co jej dotyczyło. Opłacał czesne za szkołę przed wszystkimi innymi i zasilał jej konto, zanim jeszcze zabrakło jej gotówki, ale poza transakcjami finansowymi nic ich nie łączyło.
Elara każdy dzień przeżywała w bólu i nieustannej udręce, modląc się, by ojciec poświęcił jej choć odrobinę uwagi. Myślała, że ten nowy wiek jej to przyniesie, ale się myliła.
Spowita żalem, Elara wyszła z sekcji VIP, nie zwracając uwagi na otoczenie i mając nadzieję, że nie załamie się, dopóki nie dotrze do domu. Nagle poczuła, jak jej ciało napiera na coś twardego – nie była to ściana, ale coś silnego, co mogłoby chronić ludzi przed ich bólem.
– O mój Boże... – wykrzyknęła i patrzyła, jak telefon nieznajomego ląduje na podłodze, a jego ekran rozpada się w drobny mak.






