Charlotte parsknęła z pogardą, ale nie wyglądała, jakby zamierzała podjąć wyzwanie, jakby uważała, że ci bandyci są poniżej jej godności.
– Chcesz ich żywych czy martwych? – Zachary odpiął pas bezpieczeństwa i wysiadł z samochodu.
– Coś pomiędzy. – Charlotte zmierzyła wzrokiem zbirów i spojrzała na zegarek. – Jest ich dwudziestu. Dasz radę załatwić ich w dwadzieścia minut?
– To aż nadto. – Zachary






