Cisza Jacksona trwa długo. Zbyt długo.
Gwałtownie odwracam twarz w jego stronę, usta zaciśnięte w ponurą linię.
Jego wyraz twarzy jest… starannie obojętny.
– O nie – szepczę, opadając na dół i szybko zasłaniając znak dłonią. – Nienawidzisz go…
– Ari – wzdycha, marszcząc brwi i trącając moje przedramię, próbując odsunąć moją rękę. – Nie rób tak… nie nienawidzę go…
– Nienawidzisz! – protestuję, bard






