

Autor: Rosemary
„Jeśli miłość jest grzechem, spalę dla ciebie bogów. Jeśli przeznaczenie jest kłamstwem, własnoręcznie napiszę tę legendę na nowo”. Nazywam się Elara Valerion. Byłam pogardzaną sierotą w moim stadzie, publicznie upokorzoną i brutalnie odrzuconą przez mojego przeznaczonego partnera w imię władzy. Uciekając do Florencji z roztrzaskaną duszą, pragnęłam jedynie rozpłynąć się w cichej anonimowości mojej sztuki. Ale los gwałtownie zmienił bieg w skąpanym w świetle księżyca ogrodzie. Wtedy wkroczył on: Dante Regulus De Luca — ostatni Król Likanów. Mężczyzna, którego lękał się świat, spętany wielowiekową klątwą krwi, w szeptach nazywany Egzekutorem. Nie zignorował mnie. Wybrał mnie. Swoim dzikim, pełnym oddania spojrzeniem dał mi jasno do zrozumienia jedno: nie byłam ich śmieciem. Byłam jego Królową. Nie wiedział jednak, że nie jestem tylko złamaną wilczycą. Jestem legendarną Wilczycą Białego Księżyca i dziedziczką zakazanej, prastarej magii wiedźm. Kiedy powracają dawni wrogowie, a starożytne klątwy żądają krwawej zapłaty, Dante udowadnia swoje oddanie, robiąc coś niewyobrażalnego — wbija sztylet we własne serce, by ocalić moje. Gdy dzikie wilcze instynkty zderzają się z magią wiedźm, a królewskie łańcuchy ścierają się ze świętym blaskiem Białego Księżyca... Jestem odrzuconą partnerką. Jestem boginią zemsty. I jestem jego jedynym lekarstwem. Odzyskam swój tron i będę patrzeć, jak ci, którzy mnie podeptali, drżą w srebrnym ogniu.
Kiedy pierwszy raz się przemieniłam, miałam wrażenie, jakby moje ciało się rozdzielało — kość po kości, myśl po myśli. Moje mięśnie wskakiwały na swoje miejsca w sposób, do którego nigdy nie były stworzone, a jednak… nigdy nie czułam się tak kompletna.
Myrk, moja wilczyca, ożyła tej nocy pod srebrnym księżycem i była wspaniała. Była silna. Zacięta. I czułam przy niej, że jestem w domu.
Miałam szesnaście lat.
Większość wilków czekała na ten moment z ekscytacją, ale ja czułam tylko strach. Nie przed bólem — nie, ten był ulotny — ale przed nieznanym. Czym się stanę? Kim będę, gdy już się przemienię?
Odpowiedź poznałam, zanim zaszedł księżyc.
Kovak Severin Thorne.
W chwili, gdy moje kości znieruchomiały, zabrakło mi tchu. Moja wilczyca zamilkła w zachwycie, w geście rozpoznania. A głęboko we mnie coś zapulsowało z jasnością przeznaczenia. Mój przeznaczony mate był tutaj. Blisko.
Na początku go nie widziałam — czułam go. To przyciąganie. Jak grawitacja, ale cieplejsza. Silniejsza. Moje serce załopotało, a potem zamarło w chwili, gdy moje oczy odnalazły jego oczy po drugiej stronie placu treningowego.
Kovak Thorne. Syn Głównego Wojownika. Zaufana prawa ręka Alfy. Najpotężniejszy młody samiec w naszej watasze — inteligentny, zdolny, czarujący. I trzy lata starszy ode mnie.
Nasze spojrzenia się spotkały.
To miało być magiczne.
Spojrzał na mnie… a potem odwrócił wzrok.
Tak po prostu.
Jakbym w ogóle nie istniała.
Myrk skomlała we mnie, zdezorientowana i zraniona. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem, mając nadzieję, że się mylę. Może mnie nie zauważył. Może więź jeszcze u niego nie zaskoczyła. Może…
Ale nie…
Odwrócił się do mnie plecami, jakbym nie miała żadnego znaczenia.
A potem z domu watahy wyszła ona, Kestryn Pyke… Na jej widok posłał jej szeroki uśmiech, uśmiech, który myślałam, że podaruje mi, ale nie, był przeznaczony dla innej kobiety.
To córka Alfy. Piękna. Elegancka. I już uwieszona na ramieniu Kovaka.
Pocałowali się.
O mój Boże… Czułam, jak Myrk skomle z bólu.
To nie był nieśmiały, niezręczny pocałunek. Nie. Prawdziwy pocałunek. Taki, który rozwiewa złudzenia.
Stałam tam, wciąż na wpół wilczyca, z sercem walącym w piersi, podczas gdy mój świat pękał, wylewając wszystko, w co wierzyłam.
Czuł to. Wiedziałam, że czuł.
Widziałam to w błysku poczucia winy w jego oczach, zanim je stłumił.
Byłam jego przeznaczoną.
A jego to nie obchodziło.
Nie dlatego, że nie mógł. Ale dlatego, że nie chciał.
Bo nie byłam wystarczająco dobra.
Byłam tylko Elarą Valerion — El. Sierotą watahy bez tytułu. Bez rodowodu. Moi rodzice zginęli w zasadzce renegatów, gdy miałam zaledwie siedem lat, i od tamtej pory byłam podrzucana z rąk do rąk. „Przypadek charytatywny” Watahy Ebon-Sylvan. Na tyle użyteczna, by pracować w kuchni, na tyle cicha, by nie robić hałasu.
Kovak mógł mieć każdą.
Ale on chciał córki Alfy.
A ja? Stałam mu na drodze.
Więc udawał, że więź nie istnieje.
A ja milczałam. Bo nie wiedziałam, co innego mogłabym zrobić.
Myrk wyła do niego w ciemności, noc po nocy. Próbowałam ją uspokoić, okłamywać, ale nie była głupia. Czuła to. Ból. Odrzucenie. Powolne rozrywanie więzi, której nigdy nie dane nam było dopełnić.
Mimo to, miałam nadzieję.
Miałam nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy.
Że może, tylko może, wybierze mnie.
Dni, tygodnie, miesiące zamieniały się w lata, a ja wciąż czekałam, aż otworzy oczy…
Trzy lata później, tylko po to, by poznać gorzką prawdę…
Że wybiera inną kobietę, Kestryn, córkę Alfy; on naprawdę mnie odrzucił i mnie nie chciał.
-----