Kiedy pierwszy raz się przemieniłam, miałam wrażenie, jakby moje ciało się rozdzielało — kość po kości, myśl po myśli. Moje mięśnie wskakiwały na swoje miejsca w sposób, do którego nigdy nie były stworzone, a jednak… nigdy nie czułam się tak kompletna.
Myrk, moja wilczyca, ożyła tej nocy pod srebrnym księżycem i była wspaniała. Była silna. Zacięta. I czułam przy niej, że jestem w domu.
Miałam szesnaście lat.
Większość wilków czekała na ten moment z ekscytacją, ale ja czułam tylko strach. Nie przed bólem — nie, ten był ulotny — ale przed nieznanym. Czym się stanę? Kim będę, gdy już się przemienię?
Odpowiedź poznałam, zanim zaszedł księżyc.
Kovak Severin Thorne.
W chwili, gdy moje kości znieruchomiały, zabrakło mi tchu. Moja wilczyca zamilkła w zachwycie, w geście rozpoznania. A głęboko we mnie coś zapulsowało z jasnością przeznaczenia. Mój przeznaczony mate był tutaj. Blisko.
Na początku go nie widziałam — czułam go. To przyciąganie. Jak grawitacja, ale cieplejsza. Silniejsza. Moje serce załopotało, a potem zamarło w chwili, gdy moje oczy odnalazły jego oczy po drugiej stronie placu treningowego.
Kovak Thorne. Syn Głównego Wojownika. Zaufana prawa ręka Alfy. Najpotężniejszy młody samiec w naszej watasze — inteligentny, zdolny, czarujący. I trzy lata starszy ode mnie.
Nasze spojrzenia się spotkały.
To miało być magiczne.
Spojrzał na mnie… a potem odwrócił wzrok.
Tak po prostu.
Jakbym w ogóle nie istniała.
Myrk skomlała we mnie, zdezorientowana i zraniona. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem, mając nadzieję, że się mylę. Może mnie nie zauważył. Może więź jeszcze u niego nie zaskoczyła. Może…
Ale nie…
Odwrócił się do mnie plecami, jakbym nie miała żadnego znaczenia.
A potem z domu watahy wyszła ona, Kestryn Pyke… Na jej widok posłał jej szeroki uśmiech, uśmiech, który myślałam, że podaruje mi, ale nie, był przeznaczony dla innej kobiety.
To córka Alfy. Piękna. Elegancka. I już uwieszona na ramieniu Kovaka.
Pocałowali się.
O mój Boże… Czułam, jak Myrk skomle z bólu.
To nie był nieśmiały, niezręczny pocałunek. Nie. Prawdziwy pocałunek. Taki, który rozwiewa złudzenia.
Stałam tam, wciąż na wpół wilczyca, z sercem walącym w piersi, podczas gdy mój świat pękał, wylewając wszystko, w co wierzyłam.
Czuł to. Wiedziałam, że czuł.
Widziałam to w błysku poczucia winy w jego oczach, zanim je stłumił.
Byłam jego przeznaczoną.
A jego to nie obchodziło.
Nie dlatego, że nie mógł. Ale dlatego, że nie chciał.
Bo nie byłam wystarczająco dobra.
Byłam tylko Elarą Valerion — El. Sierotą watahy bez tytułu. Bez rodowodu. Moi rodzice zginęli w zasadzce renegatów, gdy miałam zaledwie siedem lat, i od tamtej pory byłam podrzucana z rąk do rąk. „Przypadek charytatywny” Watahy Ebon-Sylvan. Na tyle użyteczna, by pracować w kuchni, na tyle cicha, by nie robić hałasu.
Kovak mógł mieć każdą.
Ale on chciał córki Alfy.
A ja? Stałam mu na drodze.
Więc udawał, że więź nie istnieje.
A ja milczałam. Bo nie wiedziałam, co innego mogłabym zrobić.
Myrk wyła do niego w ciemności, noc po nocy. Próbowałam ją uspokoić, okłamywać, ale nie była głupia. Czuła to. Ból. Odrzucenie. Powolne rozrywanie więzi, której nigdy nie dane nam było dopełnić.
Mimo to, miałam nadzieję.
Miałam nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy.
Że może, tylko może, wybierze mnie.
Dni, tygodnie, miesiące zamieniały się w lata, a ja wciąż czekałam, aż otworzy oczy…
Trzy lata później, tylko po to, by poznać gorzką prawdę…
Że wybiera inną kobietę, Kestryn, córkę Alfy; on naprawdę mnie odrzucił i mnie nie chciał.
-----






